poniedziałek, 7 listopada 2016

Kamczatka - droga do Esso




... i w końcu wsiedliśmy do samolotu. Do samolotu na Kamczatkę! Nie do wiary... Naprawdę tam lecimy...
Przez ostatnie pół roku powtarzaliśmy to sobie z niedowierzaniem, a teraz lecimy...


To mój pierwszy w życiu lot zwykłą linią lotniczą, a nie tanią. Dostajemy sporo "prezentów" - jaśka, koc, paputki, słuchawki, dwa spore posiłki, zimne i gorące napoje. Bogato!



Samolot wygląda wspaniale, każdy ma przed sobą monitorek, na którym "wiele się dzieje" ;)
Podczas startu wyświetla się to, co widzi kamera umieszczona z przodu samolotu. Widać jak się wznosimy i oddalamy od ziemi, widać nawet nasz zmniejszający się cień! Potem, przez cały lot możemy kontrolować, nad czym aktualnie lecimy, na jakiej wysokości, z jaką prędkością i wiele innych informacji. Można też oglądać filmy, grać w gry, słuchać muzyki itp.


 

Jak zwykle ja  jestem zafascynowana tym, co za oknem. Niestety, siedzimy w środkowym rzędzie, ale za to na samym końcu i jak tylko widzę w monitorze, że przelatujemy nad jakimś ciekawym obiektem biegam do okienka obok toalet, wypatruję miast i rzek i robię zdjęcia. Jednak to jest mniejsze okienko niż te w części pasażerskiej i do tego słońce jest niewiele nad horyzontem i zdjęcia wychodzą kiepskie. Ale w Norylsku udało mi się wypatrzeć lotnisko i wielkie, dymiące kominy. 



Całą drogę jestem strasznie zarobiona - to śledzę na mapie, nad czym lecimy, to biegnę patrzeć na Syberię, to robię fotki, to znów dają coś jeść lub pić - nie mam czasu spać! Niby wylecieliśmy wieczorem, ale lecimy nad kołem podbiegunowym więc przez cały lot świeci nam słońce i nie wiadomo kiedy mija te 9 godzin i już około południa lądujemy na Kamczatce!



Wiemy, że od najbliższego miasta dzieli nas 2 km więc postanawiamy iść tam z buta i chłonąć Kamczatkę od pierwszych chwil.

Mijamy zaskakujące wystrojem i lokalizacją bistro z kawą i czekoladą (czynne!) i dochodzimy do ronda, które przypomina nam, gdzie jesteśmy. Nasza ekscytacja znajduje ujście w dziesiątkach zdjęć z "Камчаткy"







W końcu dochodzimy do Elizowa, które na wstępie prezentuje swoje najnowocześniejsze oblicze, dalej jest już znacznie biedniej.







Bardzo zaskakuje nas oferta sklepów w zakresie piwa! :o
Tyle marek europejskich i mizerniutka oferta lokalna!




My najpierw idziemy do informacji turystycznej, gdzie bardzo miła i mająca najszczersze chęci pani zupełnie nie potrafi rozwiązać żadnych naszych problemów. Nie wie, gdzie tu można kupić kartusz (malutka butla gazowa), nigdy nie używała dotychczas takiego sprzętu. Nie wie, czy i gdzie jest darmowe wifi, używa swojego. Nie wie, czy są szlaki turystyczne na jakieś wulkany, może nam polecić firmy turystyczne. A w ogóle, to najwięcej wie o hotelach.

Odsyła nas w końcu do sąsiednich sklepów, a tam już nas odpowiednio  kierują i kupujemy kartusz. Potem idziemy do centrum handlowego, gdzie jest barek z wifi "dołączanym" do kawy. 



Możemy się więc porozumieć z Alexeyem, naszym następnym hostem z couchsurfingu. Jest pracownikiem jednego z rezerwatów, siedzibę ma niedaleko więc za godzinę przyjdzie po nas. Super!

Po godzinie spotykamy Alexeya na ulicy - od razu poznaje nas po plecakach ;), a jego pierwsze słowa to: "Witamy na Kamczatce. Chcecie iść na tydzień lub więcej na trekking między wulkanami?" No ba! Jasne, że chcemy! Bardzo chcemy. I w tych pierwszych chwilach na Kamczatce już zarysowała nam się najwspanialsza przygoda, jaką tam przeżyliśmy! Ale nie tak szybko ona nastąpiła. 

Oczekując na koniec pracy Alexa idziemy piętro niżej do muzeum. Na zakończenie przewodniczka zaprasza gości na film w 3D o przyrodzie Kamczatki. Film ogląda się leżąc na wygodnych poduchach. Dla nas, po nieprzespanej nocy, to masakra! Z największym trudem utrzymujemy przytomność, chociaż nieco ograniczoną ;)








W końcu jedziemy do domu Alexa w Pietropawłowsku Kamczackim, zatrzymując się tylko przy pomniku - symbolu Kamczatki. 



Mieszkanie naszego gospodarza wygląda świetnie! Udaje nam się nawet przez chwilę zobaczyć widok z okna na Zatokę Awaczańską, zanim całkowicie zakryją go chmury.










Wieczorem rozmawiamy o naszych planach - Alexey chce zorganizować kilkuosobową grupę do przejścia ponad stukilometrowej trasy między wulkanem Awaczańskim a Koriackim. My bardzo chcemy wejść na chociaż jeden wulkan, więc tak będzie chciał zaplanować trasę.
Alex cieszy się, że mamy dobry sprzęt fotograficzny, bo pisze przewodnik po okolicznych trasach i brakuje mu zdjęć. Liczy na to, że się nimi bezpłatnie z nim podzielimy. My jesteśmy zachwyceni, bo nie dość, że czeka nas podana na tacy megaatrakcja trekkingowa to jeszcze może będziemy autorami zdjęć w kamczackim przewodniku! Tego nawet wyśnić człowiek nie potrafi ;)
Ale nasz gospodarz uprzedza - nieprędko wyruszymy. Trasa nie jest łatwa, można się na nią wybierać tylko wtedy, gdy prognozy pogody będą zdecydowanie optymistyczne. Na razie jest kicha i co najmniej 3-4 dni na 100 % nie wyjdziemy.
Pytamy więc co myśli o tym, żebyśmy w tym czasie pojechali do Esso - interesującego nas kurortu kamczackiego położonego 600 km na północ, gdzie, jak sprawdziliśmy, pogoda i prognozy są znacznie lepsze. Alex zdecydowanie przyklaskuje naszemu pomysłowi i stwierdza, że możemy tam zostać do czasu, aż da nam hasło do powrotu.


Rano Alex po drodze do pracy zawozi nas  na dworzec. 




Pogoda obrzydliwa! Przejeżdżamy zaledwie kilkadziesiąt km, a świat wygląda jak z innej bajki!






Na pierwszym przystanku (po 100 km) zakupujemy sobie wyborną wałówkę na dalszą drogę - kwas chlebowy i pół kg chałwy! 







Jedzie się komfortowo. Cały czas asfalt (może trzeba było jechać autostopem? ;)) 
Najpierw ogrzewanie (bo ziąb) potem klima (bo upał), autobus wygodny, bogato udekorowany. Tylko ta przednia szyba zdradza czekające nas atrakcje :)



Następny przystanek Мильково. Za 200 km. Ale zanim dojechaliśmy atrakcje nastąpiły!







 Tego drugiego samochodu, za ciężarówką, prawie nie widać! I tak przez 2/3 całej drogi!





Na żądanie jednej z pasażerek krótki dodatkowy postój.



W Milkovie, jednym z większych miast(?) Kamczatki, dłuższa przerwa. Zatrzymujemy się przy restauracji, wszyscy obowiązkowo wysiadają!

Ewidentne napędzanie klientów lokalowi, ale się temu poddajemy - ceny nie są wygórowane, a atmosfera taka jak za dawnych lat w Polsce ;)







Plac zabaw sąsiaduje z dymiącym kominem




Kamczatka do niedawna była zamkniętą strefą militarną, czego ślady widać na każdym kroku.










Za Milkovem droga jest jeszcze ciekawsza - Kilkadziesiąt kilometrów z jednym pasem ruchu, na drugim pasie jedynie mijanki między kruszywem zrzuconym w pryzmy.  



I dojeżdżamy do skrzyżowania, na którym skręcamy w lewo, opuszczając tym samym główną arterię komunikacyjną Kamczackiego Kraju! 



Na tej drodze zatrzymujemy się tylko w jednym maleńkim przysiółku i po 9 godzinach jazdy wysiadamy w Esso, które wita nas pięknym słońcem i ciepłem.






Pierwsze kroki kierujemy do informacji turystycznej znajdującej się przy muzeum, wszystko okazuje się jednak zamknięte, pomimo tego, że właśnie przyjechał jedyny(!) autobus łączący Esso z resztą świata! :)

Oglądamy eksponaty - Kubę zainteresowała bardziej  postmilitarna sztuka ;), a ja pracowicie składam bukwy, żeby dowiedzieć się, jakie drzewa tu rosną.




Rozglądamy się za miejscem na namiot, rozpytujemy ludzi i w końcu lądujemy na doskonałej miejscówce!
Podwórko przy restauracji i basenie termalnym z cudownie ciepłą wodą, obok źródło wody, po którą często przyjeżdżają ludzie z baniakami, bo ponoć zdrowa, z kibelkiem obok basenu i za nieco ponad 4 zł na dobę za wszystko w sumie!

Rozbijamy więc szybko namiot, pierwszy raz podczas całej dotychczasowej podróży i odkrywamy, że - o zgrozo - brakuje jednych rurek - prawdopodobnie zostały zgubione podczas  spływu, gdy namiot był ostatnio używany... Całe szczęście to tylko rurki przedsionka więc ratujemy się sposobami Pomysłowego Dobromira i namiot daje radę.
Zaraz też wskakujemy do basenu i rozkoszujemy się kąpielami długo w noc, tak jak i znaczna część mieszkańców Esso i letników tutaj spędzających wakacje.


 
 
 



Tak minęły dwa pierwsze dni "naszej Kamczatki". Rozpisałam się trochę, ale to informacje rzutujące na dalsze nasze przygody tutaj, nie wiedziałam, z czego zrezygnować... ;)
Mam nadzieję, że nie przynudzam :D

A następnego dnia popatrzymy na Esso z góry. Widoki będą piękne!