poniedziałek, 9 stycznia 2017

Fogarasze, Rumunia 6-13.08.2016




Ledwie minął tydzień od powrotu z Kamczatki, a już siedziałam w samochodzie kolegi jadąc w rumuńskie Fogarasze. Nie mogłam wszak nie wykorzystać takiej okazji... Koszty paliwa dzielimy na 5 osób, śpimy w namiotach za niewielkie pieniądze, a wydatki na jedzenie są nieuniknione, niezależnie od tego, czy tu, czy tam. Z wakacji trzeba wycisnąć ile się da! ;)


Startujemy w trzy samochody, dojeżdżamy w dwa. Niestety, awaria... Szkoda, Tomek...
Po drodze  zatrzymujemy się w węgierskim miasteczku na zakupy i trafiamy na pomnik, który wg naszych doświadczeń (mieszkałam w żeńskim akademiku, wiem coś o tym ;)) wygląda na pomnik ekshibicjonisty :D :D



Dojeżdżamy do miejscowości Cârţa wieczorem drugiego dnia (po noclegu w Makó) i zwiedzamy jeszcze tutejszy stary kościół i ruiny klasztoru cystersów.



Obserwujemy też powrót krów z pastwiska - idą same, a każda wie, gdzie ma skręcić, gdzie jest jej dom! 



Na następne dni plan jest taki: - zostawiamy auta na kempingu, a sami z niezbędnym dobytkiem idziemy na trzydniowy trekking przez Negoiu (drugi pod względem wysokości szczyt Rumunii 2535 m n.p.m.). Zabieramy namioty i śpimy po drodze. 
Busem dojeżdżamy w rejon jeziora Balea Lac i ruszamy wśród owiec.


Prognozy na te dni nie były najlepsze, ale wkrótce pojawia się nadzieja na poprawę. Przedziera się trochę błękitu na niebie i promieni słońca. Niestety, nie na długo... :(



W pewnym momencie dochodzimy do miejsca, w którym widzę, że trzeba iść wąską ścieżką na brzegu wysokiego urwiska! Wiedziałam, że przepaście mają być następnego dnia i zamierzałam je obejść inną drogą niż grupa, bez zdobywania szczytu. Nie mam zaufania do swojego zmysłu równowagi i nie chodzę eksponowanymi szlakami!
Decyduję się na odwrót. Mam namiot, pobiwakuję sobie na kempingu, a może pójdę na jakąś wycieczkę po okolicy. 
Żegnam się więc ze wszystkimi i zawracam, a oni znikają mi we mgle.


Wracam bez pośpiechu, mam dużo czasu. W oczekiwaniu na jakieś okienko pogodowe pstrykam z samowyzwalacza i w końcu zaczynam schodzić na przełęcz.



Po drodze ucinam sobie pogawędkę z grupką Polaków (których zresztą spotykamy w tych górach bardzo wielu). Okazuje się, że są z Rzeszowa. 
- Ooo! To Wy moi krajanie jesteście - mówię - ja jestem ze Stalowej Woli. 
- Ooo! - oni na to - z nami jest Zbyszek K. ze Stalowej. 
- Ooo! Znam Zbyszka! Spotykamy się czasem w grupie górołazów i byliśmy razem w Bieszczadach!
- A to się Zbyszek zdziwi, gdy się dowie. Bo Zbyszek poszedł na Negoiu z resztą grupy i wrócą ok.19.00.

W tym samym czasie gdzieś na szlaku Zbyszek zagaduje grupę Polaków:
- Skąd jesteście w Polsce?
- Z różnych stron, ze Śląska, z Krakowa, a nawet z Bytowa.
- To jak się skrzyknęliście?
- Należymy do forum Góry-Szlaki.
- Ooo, a znacie Dżolę Ry? Ona mi mówiła o tym forum.
- Mało, że znamy! Ona jest z nami, ale akurat zawróciła!

Taki ten świat mały, proszę państwa! :) Bardzo to było miłe spotkanie :)

Moja pogawędka z rzeszowską grupą PTTK zaowocowała informacją, że przyjechali sporym busem z Polski, nocują w pobliżu w pensjonacie, obok którego jest pole namiotowe, na jutro mają w planie wycieczkę łatwym szlakiem i mają miejsce w busie. Jeśli tylko szef pozwoli chętnie mnie przygarną. 
Szef pozwolił! :) Super!
Wieczór spędziliśmy na miłych posiadach i integracji.
Poranek wstał śliczny! Jak co dnia... Bo w dolinach niezmiennie pogoda była niezła. To tylko wysoko w górach tak się kisiło :/


Najpierw podjechaliśmy busem do szlaku, a potem poszliśmy w kierunku schroniska Cabana Valea Sambetei (1401 m n.p.m.). Tam trochę posiedzieliśmy z koncertem akordeonisty w tle, po czym jakoś tak bez zapału (przez pogodę) ruszyliśmy w kierunku przełęczy Fereastra Mare (2188 m n.p.m.), której nawet nie widzieliśmy, tak się opatuliła chmurami.



Na szczęście z czasem chmury się trochę rozrywały i widać było co nieco.

Do przełęczy (za moimi plecami) już nam niewiele zostało, ale znów zaczęło padać i zabrakło motywacji. Poza tym już czas było wracać, bo godzina odjazdu busa się zbliżała.


Pojechałam z moimi nowymi znajomymi w drogę powrotną, a gdy przejeżdżaliśmy w pobliżu kempingu w Carcie pożegnałam się i wysiadłam. 
Wkrótce dotarłam na miejsce, gdzie spędziłam noc.
O pięknym poranku...

... gdy po śniadaniu leniwie sączyłam poranną kawę i zastanawiałam się, jak zagospodarować sobie ten dzień w oczekiwaniu na wieczorny powrót moi przyjaciół zaskoczona usłyszałam ich głosy. Okazało się, że sponiewierani i całkowicie przemoknięci po wędrówce w silnym deszczu przez cały poprzedni dzień po noclegu w schronisku postanowili od razu wracać na kemping - ku słońcu!
Więc po opowieściach i ogarnięciu się pojechaliśmy na wycieczkę do ślicznego pobliskiego Sibiu, które szczególnie pięknie wyglądało z wieży kościelnej na tle Fogaraszy.



Ostatniego dnia poszliśmy na niedużą, ale piękną widokowo trasą w pobliżu Jeziora Balea Lac. Tam zaczyna się wiele szlaków, bo łatwo można dotrzeć trasą transfogaraską.




Najwyższy szczyt tego dnia to Iezerul Caprei (2418 m n.p.m.)


Jeszcze zbioróweczka na kolejnej przełęczy i schodzimy do punktu startu.





A następnego dnia rozpoczynamy nieśpieszny powrót do domu z noclegiem na Węgrzech (tak jak podczas przyjazdu)



Jak zwykle z Górami-Szlakami było świetnie! Szkoda tylko, że nie trafiliśmy lepiej z pogodą... :/

Reszta zdjęć tu. Niestety, część robionych komórką, bo miałam awarię aparatu w tym deszczu. :(