czwartek, 14 czerwca 2018

Izrael 30.01-6.02.2018 Pustynia Negew


Z opisaniem kolejnej podróży mam trochę problem... :/
To był cudowny czas pełnej humoru i słońca wędrówki po pustyni Negew w Izraelu, który chciałabym opisać z całym entuzjazmem i radością, które mam we wspomnieniach... ale...
Generalnie trzymam się z dala od polityki, nie znam się na niej, nie chce mi się w nią wgryzać...
Ale jeśli czytam, że w ciągu kilku godzin w konflikcie z jednej strony jest dziesiątki zabitych i tysiące rannych, a z drugiej 0 zabitych i 0 rannych to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że atleta skopał dziecko, bo fikało, zamknięte w kojcu.
Może to i naiwne spojrzenie, ale była demonstracja siły, rozegrał się dramat i jakoś nie mam zapału, żeby zachęcać do turystyki w ten rejon...
Ale przecież, choć informacje praktyczne nie będą wtedy zbyt przydatne to przecież obudzone apetyty na pustynne szwendactwo można zrealizować w sąsiedniej Jordanii, tym bardziej, że Ryanair uruchomił właśnie nowy kierunek i możemy polecieć bezpośrednio z Krakowa lub Modlina do Ammanu.
I do tego zachęcam bardzo! Sama wpisałam sobie ten cel w karnecik.


Skąd pomysł na pustynny trekking?
Z poprzedniego pobytu w Izraelu. Gdy byłyśmy tam rok wcześniej naszym celem były przede wszystkim miejsca związane z chrześcijaństwem. Wypożyczyłyśmy samochód i jeździłyśmy po całym kraju. I wtedy właśnie, przejeżdżając po pustyni, zakochałam się w tych krajobrazach! A że w wielu miejscach widziałam oznaczenia szlaków, szlakowskazy i turystów z plecakami postanowiłam wrócić tu kiedyś w tym celu. Nie spodziewałam się, że zrobię to tak szybko, ale gdy zaczęłam szukać tanich biletów w jakieś ciepłe miejsce na czas swoich ferii zimowych, oferta Ryanaira do Eljatu była bezkonkurencyjna - 157 zł w obie strony!
Rozpuściłam wici o swoim planie i kusiłam potencjalne ofiary, ha ha :)
Pokusie uległo aż 8 osób - i znów były to same kobitki! (co z tymi facetami?? boją się nas? ;) )
Z tych ośmiu dwie zdecydowały się pojechać w rejon Jerozolimy i widziałyśmy się tylko na lotnisku, zaś sześć wspaniałych wyruszyło po pustynną przygodę :)



Ale zanim to zrobiłyśmy był lot, a z samolotu super widoki. Uwielbiam potrzeć na świat z góry i widzieć ośnieżone szczyty gór, mozaikę pól uprawnych, poskręcane wstęgi rzek i inne atrakcje.




Widać, jak się rzeka "prostowała"...





I jeszcze wybrzeże Morza Martwego i widok pustyni z góry. Doskonale widać, którędy płyną rzeki po opadach, gdzie skały są twardsze i nie tak łatwo ulegają erozji...








W albumie jest jeszcze więcej zdjęć (link poniżej)


Wylądowałyśmy w Ejlacie, a po wyjściu z lotniska byłyśmy jak małolaty zapatrzone w ekraniki, próbując zawiadomić rodziny o szczęśliwym lądowaniu z wykorzystaniem lotniskowego wifi!




W końcu ruszyłyśmy w drogę, realizując misternie utkany plan zabawy w podchody.
Co to za pomysł?! O co chodzi?! Otóż...
Kto był ten wie - na lotnisku Ovda nie ma nic! Żadnych sklepów, barów, wypożyczalni aut, kantorów (od niedawna bankomat), a tylko okienka obsługi i tyle. Do miasta 60 km. A my chcemy dotrzeć tego dnia na camping Be'erot, czyli mamy 90 km w przeciwną stronę i żadnego miasta po drodze! A potem wędrówka po pustyni i nie wykluczony nocleg gdzieś na dziko lub na polu biwakowym bez infrastruktury. W Be'erot też nie jesteśmy pewne, czy jest jakaś kuchnia.
A przecież podstawą naszego wyżywienia jest tzw. pasza (coś jak musli własnej produkcji) i dania liofilizowane. Czyli do wszystkiego potrzebujemy gorącej wody!
Kuchenkę mamy, ale kartusza nie ma gdzie kupić, a wziąć do samolotu nie wolno.
Co robić? co robić? Głowiłyśmy się od dawna.
A tu nagle, miesiąc przed naszymi feriami okazuje się, że Kuba wyhaczył tani lot i wybiera się do Ejlatu, skąd wraca tydzień przed naszym przylotem! Plan nasunął się sam, ale w tym kraju trochę ryzykowny...
Kuba jednak nie pozostawił mamy w potrzebie i będąc w mieście kupił dla nas kartusz, a przed odlotem ukrył go w tajemnym, zacienionym miejscu pół km od lotniska, fotografując charakterystyczne punkty po drodze.



Uzbrojone w te zdjęcia wyruszyłyśmy na poszukiwania. Dzięki perfekcyjnym informacjom trafiłyśmy jak po nitce do kłębka i... jest! jest! mamy go! Hurra!!! Nie umrzemy z głodu!!

Takie  właśnie wspaniałe są moje dzieci! Zawsze mogę na nie liczyć!
Dziękuję Ci synku <3 <3 <3








Mając już pełny ekwipunek ruszyłyśmy do głównej drogi z zamiarem łapania stopa.
Jednak przez ponad godzinę, którą tam spędziłyśmy nie miałyśmy zbyt wielu okazji na podniesienie kciuka - ruch przy tej bocznej drodze był naprawdę znikomy więc kiedy nadjechał autobus, wsiadłyśmy natychmiast.




Do miejsca na drodze nr 40 ( 30°35'39.8"N 34°53'11.0"E ), z którego wiedzie najkrótszy szlak do campingu Be'erot dojechałyśmy, gdy słońce było już naprawdę nisko. Czekało nas stąd 5 km marszu z naszymi ciężkimi, wyładowanymi zapasami jedzenia plecakami. Cichutko liczyłyśmy na to, że pojawi się jakieś auto, w które zapakujemy nasze plecaki, a same na lekko pomkniemy żwawym krokiem... ale się przeliczyłyśmy :/ Ani żywego ducha nie było!
Tak więc pomaszerowałyśmy dzielnie, odliczając każdy kilometr, czasem  sapiąc i stękając, czasem - po zrzuceniu garba - demonstrując naszą radość i entuzjazm. Była piękna złota godzina, nasze cienie sięgały horyzontu, a potem słońce zastąpił księżyc w pełni.
I tak doszłyśmy do celu, ludzi na campingu było niewiele, wybrałyśmy sobie fajną miejscówkę, na której rozbiłyśmy namioty i zasiadłyśmy do kolacji i imprezki.
















Na tym campingu zostałyśmy na 3 noce, a dni spędziłyśmy na wędrówkach po okolicznych szlakach. 
O naszych trasach i samym campingu napiszę wkrótce.
A tu jest komplet zdjęć.

c.d.n.