sobota, 13 czerwca 2020

Dolomity 2019 cz. 3

Ostatnia część wspomnień dolomickich będzie mocno ferratowa.
Nieco ochłonęłyśmy z Jolą, wyleczyłam obrażenia i zatęskniłyśmy za ferratami.
Jednak bojąc się nieznanego, postawiłyśmy na znane mi dwie drogi - Brigada Tridentina (drugi raz) i Averau (trzeci!)


Brigata Tridentina to ferrata podzielona na dwie części. Pierwszą z nich przeszłam rok wcześniej i bardzo dobrze wspominałam tę drogę. Tu możecie o tym przeczytać. Stwierdziłam, że Joli też zapewne się spodoba, a ja chętnie ją powtórzę. Pomysł podchwyciło jeszcze kilka osób co bardzo nas ucieszyło.
Tym razem postanowiłam przejść jednak całą drogę, nie tak, jak w poprzednim roku odejść w połowie ścieżką trekingową. Chciałam mieć jakieś nowe doświadczenia.
Te doświadczenie okazały się nieco trudniejsze niż w pierwszej części ferraty, ale ostatecznie dałam radę każdej przeszkodzie. A ostatni element ferraty - mostek nad skalną rozpadliną - był fajną atrakcją. Oczywiście przejście nim wiązało się ze sporym stresem, co widać na filmiku nakręconym przez Pawła, szczególnie po moim asekuracyjnym ustawieniu stóp - zawsze tak chodzę w trudnym terenie :D
Nie będę się rozpisywała o ferracie, po prostu pokażę te zdjęcia, które zrobiliśmy, gdy można było bezpiecznie wyjąć aparat lub komórkę.























Po przejściu mostka - ostatniego fragmentu ferraty - rozłożyliśmy się na odpoczynek i posiłek na wygodnej skarpie, z której fotografowałam kolejnych śmiałków zbliżających się do mostka.







Przeszłyśmy! Jest radość!



Zamieszczone tu zdjęcia pochodzą tylko z początkowego i końcowego fragmentu ferraty. W poprzednim roku, dzięki temu, że od połowy podejścia na szczyt szłam ścieżką trekingową zrobiłam zdjęcia środkowej części - niektóre, dzięki licznym wspinaczom - bardzo efektowne.

Pokażę jedno, na resztę zapraszam tu



 Jeszcze ujęcie wiszącego mostka ze ścieżki do schroniska.







Doszliśmy do Rifugio F. Cavazza al Pisciadù Hütte, gdzie zrobiliśmy sobie chwilę przerwy i spenetrowaliśmy okolicę.















Jeszcze krótka sesja zdjęciowa na efektownym tle i bardzo miła droga zejściowa.













Wieczorem tradycyjne świętowanie sukcesu, tym razem Paolo zaprosił do degustacji lokalnego wina.


Pamiętacie kultowy "Rejs" i jego fragment, mówiący o tym, że podobać się mogą tylko te piosenki, które znamy.
Może dotyczy to także ferrat? ;) 
W każdym razie na ten dzień zaproponowałam Joli dobrze znaną mi ferratę Averau, na której byłam już 2 razy podczas poprzednich wyjazdów. Reszta ekipy miała bardziej ambitne plany więc Jole dwie wziął pod swoje skrzydła Paolo, który postanowił pojechać z nami w rejon Averau - jedno z ulubionych miejsc naszego gospodarza.

Najpierw podjechał Paolo do przecudnie położonego, otoczonego widokami na okoliczne szczyty Dolomitów  kościoła w Santa Lucia. W jego otoczeniu zbierali się właśnie pięknie wystrojeni uczestnicy jakiejś lokalnej imprezy.






 




Barwni uczestnicy dopiero się schodzili, rozstawiali swoje kramiki z lokalnym rękodziełem i pamiątkami my tymczasem ruszyliśmy w swoją stronę. 


Gdy już byłyśmy kawałek na drodze dojściowej niespodziewanie zobaczyłyśmy za sobą Paolo, którego zostawiłyśmy w schronisku na przełęczy. Powiedział, że idzie porobić nam zdjęcia, choć z jego słów odniosłam mocne wrażenie, że to jakaś obawa o nas przygoniła go za nami - kochany Paolo zawsze czuje się za wszystkich odpowiedzialny :)




Oczywiście możliwość  uwieczniania naszych wyczynów skwapliwie wykorzystałyśmy! 
Mało tego! Okazało się, że wchodzimy bezpośrednio za grupą polskich doświadczonych wspinaczy, dla których robienie zdjęć na trasie nie stanowi żadnych problemów. 
Tak więc to przejście mamy wyjątkowo dobrze udokumentowane.












Po zejściu z ferraty uwolniłyśmy z Jolą nasz entuzjazm po czym moje morale jakoś osłabło i nie chciało mi się po raz kolejny podchodzić na szczyt Averau. Jola poszła sama, a ja uwieczniłam jej drogę, a także ludzi podchodzących na pobliski Nuvolau (mój pierwszy zdobyty dolomicki szczyt),  dobrze widoczną stąd naszą trasę z drugiego dnia (ze sztolnią) oraz obserwowałam wciąż zwiększający się tłumek na ferracie.
Bardzo spowolnił on nasze późniejsze zejście, zmuszając do długiego oczekiwania w newralgicznych punktach.
  











Potem jeszcze pamiątkowe zdjęcie przy schronisku Averau, a w nim nagroda na zakończenie - piwo i kawa oraz podziękowanie dla oczekującego nas Paola.







I to już koniec dolomickich opowieści, czas było wracać do domu.
W drodze powrotnej oczekiwanie na pizzę całej naszej gromadki.





Podsumowując dotychczasowe wyjazdy...
Pod koniec tej trzeciej wizyty w Dolomitach doszłam do wniosku, że to już wystarczy, że więcej nie przyjadę, że moi towarzysze poszli dalej, radzą sobie coraz lepiej i mają apetyt na coraz większe wyzwania.  A ja nie mam ochoty na więcej niż "ośle łączki ferratowe".
Tak postanowiłam rok temu, a w tym roku... zapisałam się na kolejny wyjazd!!! hi hi.
No... ale dlatego, że miała być mocna grupa trekingowa :)
Chętnie przejdę jeszcze wiele ferrat, ale pod warunkiem, że będą łatwe (w moim odczuciu :D). Zawsze chętnie natomiast powłóczę się szlakami tych pięknych gór!

Z tegorocznych planów ostatecznie nic nie wyszło, Włosi w koronawirusowym reżimie, trudnym do spełnienia, postanowili nie rozbijać namiotów więc na kontynuację dolomickich wyczynów przyjdzie nam poczekać. Miejmy nadzieję, że nie dłużej niż rok :) 

Wszystkie zdjęcia związane z tym odcinkiem są tu.


Dziękuję serdecznie za odwiedziny, będzie mi miło, jeśli zostawisz w komentarzu ślad swojego pobytu na moim blogu :)

8 komentarzy:

  1. Bei panorami , belle ragazze ! :) Nabieram coraz większej ochoty na taki wyjazd ! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że nauka włoskiego nie poszła w las! Brawo.

      Zdzisiu, żebyś Ty jeszcze tę ochotę zdecydował się wcielić w życie! :)

      Usuń
  2. Jeży mi się skóra na grzbiecie, kiedy patrzę na te zdjęcia; po części z podziwu, po części z trwogi ... te kładki nad przepaściami, prawie pionowe skały, ścieżki wąziutkie tylko na postawienie stopy ... jesteś Jolu bardzo dzielna; nie, nie, ja sama nie odważyłabym się, więc tym bardziej podziwiam bardzo, bardzo; serdeczności ślę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Popatrzylam z zapartym tchem na Twoje wyczyny i wyobrazam sobie Twoja euforie po udanych przejsciach a poza tym otoczenie, pejzaze, gory sa niezwykle piekne. Bardzo lubie takie folklorystyczne wydarzenia, mialas szczescie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam góy i skały z wielką chęcia się tam wybiore na przyszłe wakacje

    OdpowiedzUsuń
  5. Mój przyjaciel ostatnio mi się pochwalił że skorzystał z profesjonalnej firmy Szczury .Ja na pewno zastanowię się skorzystać z tej firmy za nie długo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdjęcia zapierają dech w piersiach! Z pewnością na żywo te góry i skały robią dużo większe wrażenie! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo dobrze że ten blog jest. W przyszłości na pewno na ten blog wrócę.

    OdpowiedzUsuń