piątek, 1 stycznia 2021

Z głową nad chmurami. Babia, Racza, Szyndzielnia, Klimczok.

 19-20.12.2020

Takie czasy nastały, że nie można wyjeżdżać w świat (bez ryzyka ewentualnych komplikacji) więc bardzo sobie ostrzyłam ząbki na zimowe góry do syta podczas ferii! Wspaniała perspektywa! Aż tu nagle oświadczają, że żadnych wyjazdów nie będzie, że "wszystko" zamykają, ograniczają, zabraniają...

No, ale jak to?! Mnie już tyłek przyrósł do fotela przed komputerem od tej zdalnej pracy i narządy ruchu mi zanikają.

Decyzja zapadła natychmiast. Najbliższy weekend muszę spędzić w górach! Inaczej się uduszę, wpadnę w depresję albo i jeszcze coś gorszego ;) |:D Czyli wyjeżdżam jutro po pracy. To nic, że to ostatni weekend przed świętami, że jeszcze nic nie przygotowane, a wszystkie dzieci zjeżdżają do mnie. Zdążę!

Wysyłam do znajomych smsy z pytaniem, kto się w góry wybiera i czy mogę dołączyć? I wkrótce jest już piękny plan. w sobotę czeka mnie wschód i zachód słońca na Babiej Górze, a w niedzielę debiut na Szyndzielni i Klimczoku.


Pakowanie w góry to pikuś, zajmuje mi chwilę, ogarniam jeszcze jakieś jedzenie i ok. 16.00, już z bagażami jadę załatwić jeszcze jedną ważną sprawę - wymianę opon na zimowe. Dotychczas tego nie zrobiłam, chociaż połowa grudnia minęła, bo zimy ani widu, ani słychu, a do tego pracując zdalnie prawie nie używam samochodu. Jednak przed taką długą podróżą postanowiłam dokonać wymiany.Pojechałam do garażu po opony i z nimi do pobliskiego warsztatu. A tu zonk! Już zamknięte. Ograniczenia zmniejszyły liczbę klientów więc skrócono godziny pracy. Próbuję gdzie indziej i w kolejnym, w końcu trafiam na otwarty. Ufff... Wymiana trwa wyjątkowo długo, ale w końcu mogę jechać. Od razu koło warsztatu zatankowałam, jeszcze tylko letnie opony odwiozłam do garażu i ruszyłam do Katowic! Ruszyłam... i poczułam, że coś jest nie tak... co się dzieje? Otóż... w prawym przednim kole całkowity kapeć! Masakra! Ciemno, zimno, ja sama na tym "garażowym osiedlu". Pierwsza myśl to przekonanie, że coś z tą wymianą spierniczyli (co się jednak ostatecznie nie potwierdziło)! Dzwonię do warsztatu z reklamacją, a oni mi na to, że jest 18.00 i właśnie zamknęli zakład. Zapraszają na jutro. Zrozpaczona odwołałam więc swój wyjazd i zaczęłam szukać numeru do ubezpieczyciela, gdy na horyzoncie pojawił się policyjny radiowóz. Niezwykle uprzejmi panowie wymienili mi koło na dojazdówkę i nawet sprawdzili, czy nie ma w okolicy dostępnego wulkanizatora. Nie było. Zdecydowanie odradzili mi wyjazd do Katowic i pojechali.

We mnie jednak była tak wielka potrzeba złapania głębokiego, górskiego oddechu od codzienności, że rozpoczęłam konsultacje telefoniczne z doświadczonymi kierowcami, w wyniku których postanowiłam jednak pojechać.

Świadoma tego, że z dojazdówką nie mogę jechać szybciej niż 80km/h zrezygnowałam z jazdy autostradą i wybrałam znacznie krótszą trasę zwykłymi drogami. Pierwsze 50 km jechało się całkiem miło, ale potem się zaczęło! przekroczenie 80km/h na pewno mi nie groziło, bo zaczęła się mgła, że oko wykol! Dopóki jechałam lepszymi drogami nie było aż tak źle, ale "głupi GPS" czasami kierował mnie na jakieś podrzędne drogi bez namalowanych linii i wtedy musiałam redukować do 30km/h, bo asfalt zlewał się całkowicie z poboczem i wypatrzenie toru jazdy było bardzo trudne. Pomyślałam sobie, że to już za dużo przeszkód piętrzących się przede mną! Czy to nie jakieś znaki? ;) Ale byłam za połową trasy więc powoli i w skupieniu jechałam dalej... aż dojechałam do celu. Dzięki Bogu bezpiecznie, choć w ostatniej chwili.

O 1.00 mieli po mnie podjechać Ola i Zbyszek. Miałam więc tylko 20 minut na przebranie się, przeorganizowanie, zrobienie herbaty do termosu i takie tam. Dzięki pomocy syna, u którego zostawiłam swoje auto, spóźniłam się tylko 10 minut i wkrótce, już we trójkę, jechaliśmy w stronę Królowej Beskidów. Miałam zamiar przespać się trochę, nie będąc kierowcą, ale chyba poziom emocji i stresu nie pozwolił mi na to. Nie udało mi się zasnąć.

O 4.00 wyruszyliśmy z Przełęczy Krowiarki. Chętnych na powitanie dnia na szczycie było mnóstwo ludzi, co chwilę błyskały światła czołówek, a na parkingu stał samochód koło samochodu. Jak to na Babiej :) Wszyscy liczyliśmy na to, że szaro-bury świat zostawimy za sobą spoglądają z góry na ścielące się w dolinach chmury. I nie zawiedliśmy się! 

Po tym długim wstępie opisującym moją determinację zapraszam na ucztę dla oczu...


















Klub wysokogórski z Krakowa miał jakąś imprezkę na szczycie więc nawet na tańce się załapaliśmy ;)




A jak słońce wyszło już trochę wyżej zaczęło malować piękne cienie drzew na chmurach. Nadzwyczajny widok!







To wszystko widoki w stronę Tatr, ale z drugiej strony też pięknie się działo!





W końcu czas było schodzić.




I wtedy się dowiedziałam, że moi towarzysze planują zachód słońca na Pilsku... Przestraszyłam się długiego podejścia po nieprzespanej nocy... Wymyślili więc opcję dla mnie - Wielką Raczę. Nie zdawałam sobie sprawy jak duża odległość dzieli te szczyty. Długo musieliśmy jechać do Rycerki-kolonii, ale warto było! Świat o zachodzie słońca był równie piękny jak o wschodzie!














To był naprawdę piękny dzień! Wyjątkowy! Z głową nad chmurami!

Miał się zakończyć jeszcze jednym wydarzeniem - moim debiutem w morsowaniu, ale odmówiłam jednak ze względu na niewyspanie, późną porę i zmęczenie. Co się odwlecze...

W niedzielę miałam zadebiutować na Szyndzielni i Klimczoku w towarzystwie Wioli i Zdzisława, ale covidowe kontakty Zdzisia sprawiły, że został w domu.

My natomiast wyruszyłyśmy późno z zamiarem podziwiania kolejnego zachodu słońca. Poszłyśmy zielonym szlakiem z Bystrej po drodze znów podziwiając ścielące się w dolinach chmury.




 



Ze szczytu Szyndzielni postanowiłyśmy wrócić jeszcze na wieżę widokową, z której po kilkunastu minutach widać było zachodzące słońce, ale tym razem za chmurą.









Wiola już wcześniej ruszyła na Klimczok mając nadzieję w lepsze stamtąd widoki ruszyłam więc dziarsko za nią,  obserwując między drzewami przepięknie podświetlone chmury i niepokojąc się, że nie zdążę na najciekawszy spektakl ze szczytu! I wtedy pojawił się za mną samochód jadący w moją stronę. Nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła kciuka! Skutecznie! Kierowca zatrzymał się i zgodził zabrać ze sobą zdecydowanie przyspieszając dotarcie na szczyt, gdzie znalazłam się równo z Wiolą.




Jakież było moje (nasze?) zdziwienie, gdy okazało się, że zachodnią stronę nieba zasłania las. A za nim dzieją się rzeczy cudne! Próbowałyśmy przedrzeć się na drugą stronę, ale efekt był nie do końca satysfakcjonujący.


Zbiegłyśmy więc szybko ze szczytu wracając w stronę Szyndzielni i szukając "okna" między drzewami. Udało się, choć na najpiękniejsze widoki było już nico za późno. Ale i tak było co podziwiać.





Udało się nawet zrobić słabe amatorskie zdjęcie  "Gwiazdy Betlejemskiej" czyli koniunkcji Jowisza i Saturna, którą podziwiałam już drugi dzień.

Na koniec, w świetle czołówek poszłyśmy do schroniska wbić pieczątkę i najpierw żółtym potem zielonym szlakiem wróciłyśmy do samochodu.

To był przecudny weekend! Przeszkody, które pojawiły się na początku nie zwiastowały na szczęście niczego złego i jestem szczęśliwa, że mogłam te dni przeżyć w tak ekscytujący sposób!

A w poniedziałek w Katowicach zdiagnozowano uszkodzenie opony i felgi, które ewidentnie oczyściło z odpowiedzialności wymieniających opony i zmusiło mnie do zakupu dwóch nowych opon. Mogłam więc bezpiecznie wrócić do domu.


Więcej zdjęć utrwalających te nadzwyczajnej urody chwile w linkach poniżej

Wschód słońca na Babiej Górze

Zachód słońca na Wielkiej Raczy

Zachód słońca na Szyndzielni i Klimczoku.

 

Zachęcam do komentowania, udostępniania i rozpowszechniania.

3 komentarze:

  1. Ależ Jolu trafił Wam się warun! 💜💜

    OdpowiedzUsuń
  2. Jolu super, że się nie poddałaś zresztą nie wyobrażam sobie, że mogło by tak być :) Piękne cudowne warunki Ci się Jolu trafiły i jest na czym zawiesić oko. Decyzja aby wyruszyć przed zamknięciem wszystkiego, to już sama wiesz, bo pisałaś i poszło na zdrowie, tak więc narządy ruchu nie zanikną. Pozdrówka dla Ciebie i rodzinki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepiękne zdjęcia. Masz cudna pasję. Góry są wymagające ale dają powera. Niech Ci idzie na zdrowie. Wszystkiego dobrego w nowym roku!

    OdpowiedzUsuń