sobota, 10 grudnia 2016

Kamczatka - cuda natury Parku Przyrodniczego Налычево

 

Dotarliśmy do Налычевa. To ośrodek naukowo-turystyczny Naliczewskiego Parku. Najważniejszymi osobami  są tu inspektor, który nieustannie patroluje teren z przewieszonym przez ramię karabinem oraz jego żona, kustosz tutejszego muzeum. 
Spędzimy tu dwa najbliższe dni poznając osobliwości okolicznej przyrody.




Idziemy się zameldować oraz odzyskać paczkę z zapasami, którą przekazał tu Alex. 
Zostajemy zakwaterowani w ślicznym drewnianym domku, nazywanym krasnyj ze względu na czerwony dach.


W pokoju dokonujemy podziału zapasów tak, żeby wystarczyło na każdy dzień. Jakbyśmy nie kombinowali, wychodzi nam, że w dwa ostatnie dni na śniadanie, obiad i kolację będzie kasza gryczana :) Na szczęście bardzo ją lubimy.
Po kolacji idziemy jeszcze całą grupą do pobliskich gorących źródeł.
Rano wstaje piękny dzień i idziemy zwiedzać okolicę. W dużym zagajniku jest wiele drewnianych domków o różnym przeznaczeniu. Najwięcej jest mieszkalnych, ale jest też m. in. budynek muzeum, magazyn sprzętu pożarniczego, są wiaty z paleniskami i rusztami, przebieralnie i wiele wychodków. Są usytuowane w pewnym oddaleniu od siebie i sąsiednie budynki tylko prześwitują pomiędzy drzewami. Łączą je wszystkie wąskie ścieżki, na jednej z nich zauważyliśmy wielkie niedźwiedzie jagodowe kupsko! 
 
Jagody są tu znacznie większe niż u nas, mają podłużne owoce, które nie barwią buzi i rosną na krzakach, sięgających nam do pasa!
Na 12.00 jesteśmy umówieni w muzeum. Jako pierwsi czekamy na progu. Po chwili przychodzi pani kustosz i... prosi, żeby zdjąć buty przed drzwiami! Z naszego doświadczenia wynika, że zdejmowanie butów przed wejściem do wnętrza jest powszechnie praktykowane w Rosji. Każdy host, u którego spaliśmy, w pierwszych słowach zawsze nas o to prosił!
Po pokazaniu zasobów muzeum w programie zwiedzania była wycieczka po okolicy. To dopiero było coś!Najpierw poszliśmy na duży rdzawy plac pokryty drewnianymi pomostami. Zostaliśmy pouczeni, żeby z nich nie schodzić, bo to może być niebezpieczne. 
Jakie niebezpieczeństwo nam groziło? Otóż ten teren jest bardzo niestabilny i co rusz pojawiają się w nim dziury i zapadliska. Często jest w nich woda, przynajmniej początkowo, potem wysychają albo nie. Czasami wyrzucana z wnętrza ziemia tworzy niewielkie wzgórze. 
Nieco dalej, w strumieniu z ciepłą wodą rozkwitło barwne życie, ale rosyjskie nazwy roślin nic mi nie mówiły.

To wszystko było niezwykłe i bardzo ciekawe!... ale stamtąd poszliśmy wzdłuż gorącego strumienia...
 
... i zobaczyliśmy to! Ta niewielka dziura (ok. 7 m średnicy) sięgała 200 metrów w głąb ziemi! Bulgocąca nieustannie woda miała ok. 80°C. To miejsce mnie zafascynowało! Wracałam tutaj wielokrotnie.


Woda wypływająca z tego miejsca niosła rdzawe osady odkładające się po brzegach strugi i tworzące z czasem rodzaj wału, w którego korycie płynęła woda. A gdy koryto podniosło się zbyt wysoko, woda spływała do niższego koryta.
Resztę dnia spędziliśmy w trzech okolicznych, nieznanych nam jeszcze, gorących źródłach.
W pierwszym woda była tak gorąca, że tylko stopy zdołaliśmy z Kubą zamoczyć na chwilę.
Obsiadły nas tam też straszliwe roje pszczół, które jednak były jakieś łaskawsze niż nasze, bo ukąszenia piekły zaledwie kilka minut i obyło się bez opuchlizny.

Drugie źródło było już znacznie przyjemniejsze, choć też zbyt gorące do dłuższej kąpieli. Obok źródeł płynął strumień z bardzo zimną wodą, w której chłodziła się Masza, wzbudzając nasz podziw.


I wreszcie trzecie źródło (obok wieży obserwacyjnej, na której będziemy wypatrywać niedźwiedzi) miało idealną temperaturę i tu spędziliśmy najwięcej czasu.



Przez cały dzień co chwileczkę na pobliskim lądowisku siadły i startowały śmigłowce, czasem było ich kilka naraz. To luksusowi turyści odwiedzali Naliczewo w ekspresowym tempie. 
Takim właśnie śmigłowcem zapowiadał swój powrót do cywilizacji Jura, ale czy to wpływ Maszy, czy leniwego odpoczynku - dość, że porzucił jednak ten plan. :)
Wieczorem wracam jeszcze zobaczyć gejzer, którego parowanie teraz znacznie lepiej widać.
Pani kustosz mówiła, że w pobliskim strumieniu często można zobaczyć niedźwiedzie, które tu przychodzą pić i łowić ryby. Najczęściej bladym świtem. Wybudowano nawet specjalnie wieżę obserwacyjną. Postanawiamy z Kubą wstać o świcie "na polowanie" ;) Dołącza do nas Masza.

Poranek jest piękny, ale niedźwiedzie zawiodły... :(

 

Wracamy do obozu, jemy śniadanie i pakujemy się, bo dziś ruszamy w dalszą drogę - idziemy dalej w góry, do małej chaty u stóp wulkanu Dzyndzur. Spędzimy tam dwie noce. Nie idzie z nami Ksenia, zostaje w domku, bo malamuty są tak sponiewierane trekkingiem, że muszą wylizać rany ;).
Rosjanie zbierają się bardzo długo więc kolejny raz odwiedziłam gejzer, a nawet wystrugałam szlakowskaz do Krakowa i umieściliśmy go z Kubą na słupie :)

W końcu wyruszyliśmy... Szlak był bardzo ładny, leśny.
A gdy wstaliśmy po odpoczynku nad brzegiem strumienia, przewodnicy zaczęli gwałtownie hałasować trąbkami i gwizdkami, bo w pobliżu wypatrzyli niedźwiedzia!  Jurij twierdził, że to matka z dwoma młodymi idzie w podobnym, co my, kierunku. 
 
Ale Kuba i ja wciąż nie mogliśmy ich wypatrzeć. 
Aż w końcu niedźwiedzica podniosła wysoko łeb, a wtedy nie było już wątpliwości! Nawet udało się ją "upolować" ;)
Wreszcie niedźwiedzie skręciły w bok, a my poszliśmy dalej, mijając znów rdzawe pola pełne źródeł, aż doszliśmy do naszego domku na najbliższe dwa dni.


Było niesamowicie gorąco, a szybkie tempo marszu, podkręcone przez niedźwiedzie, dało nam się mocno we znaki. Po krótkim odpoczynku wylądowaliśmy w pobliskich ciepłych źródłach.
Wieczorem zaś ognisko i gotowanie czaju przez Rosjan :)

Następny dzień to wycieczka w stronę wulkanu Dzyndzur. Mamy cichutką nadzieję, że dojdziemy chociaż do fumaroli na jego stoku, pomimo tego, że ponoć nie są zbyt efektowne. Zawsze to jednak "oddech" wulkanu. 
Jednak dochodzimy tylko do niewielkich wodospadów na potoku i tam spędzamy sporo czasu na błogim lenistwie. 

A na pobliski nachmurzony szczyt Dzyndzura patrzyliśmy tylko tęsknym wzrokiem...




Wieczorem tradycyjnie ciepłe kąpiele i odwiedziny Rosjan, którzy śpią w pobliżu w namiotach i - jak twierdzą - codziennie spotykają niedźwiedzie. Trochę im zazdrościmy z Maszą ;)



Rano delektując się kawą na progu domu, odkrywamy termometr, który już o poranku pokazuje skwar, droga powrotna była więc leniwa.










A wieczorem w "czerwonym domku" gruchnęła wieść, że niedźwiedź grasuje w okolicy! Natychmiast rzuciliśmy się na "polowanie" i udało się!!! :)







Usatysfakcjonowani poszliśmy spać z zamiarem ponownej próby zaobserwowania niedźwiedzi u wodopoju o świcie...

Wszystkie zdjęcia z tego odcinka są tutaj.