czwartek, 17 listopada 2016

Kamczatka - dwa dni jak z bajki

Po dobrze przespanej nocy nastąpił poranek jak z bajki. Widok Wulkanu Koriackiego wyrwał nas momentalnie z cieplutkich śpiworów! Natychmiast pobiegliśmy na okoliczne wzgórza uwiecznić urodę tego miejsca i czasu.




Nasz obóz na tle Koriaka i na tle Awaczana (jak mówili na nie Rosjanie)
 

Wschodzące słońce wydobyło z krateru Awaczana tęczowe barwy i ciekawą strukturę, co mnie fascynowało!
A po drugiej stronie wzgórza...
Wracamy do obozu, jemy śniadanie, potem poranna kawa, pakowanie i w drogę


Po kilku godzinach dochodzimy do pięknego ogrodu! Wcześniej pojawiały się pojedyncze okazy, ale teraz co chwilę trafiamy na duży zagon różanecznika kamczackiego (rododendron kamczacki). Jurij mówi, że to jedno z największych skupisk tej rośliny.
Oczywiście obowiązkowa sesja foto!

Idziemy dalej... Zdobywamy kolejną przełęcz, na której robimy sobie jedyne zdjęcie w pełnym, ośmioosobowym składzie.



Dookoła mnóstwo rododendronów więc robię sesję dla Krasnej Horki...
...
dla Ariaka...
...i dla siebie :D
Z przełęczy Rosjanie wypatrują w oddali grupę idącą w przeciwną stronę (nigdy w życiu bym ich nie wypatrzyła na tę odległość!- było ze 3 km), ale Jurij stwierdził, że my pójdziemy inną drogą więc się nie spotkaliśmy.
Podczas tych pierwszych trzech dni wędrówki co rusz pokonywaliśmy strumienie. Na pewno było ich grubo ponad setkę! Nad niektórymi wystarczyło zrobić porządny krok, ale większość nie była łatwa do przejścia, szczególnie z naszymi ciężkimi plecakami. 

Ale w tej dolinie trafiliśmy na prawdziwą rzekę.  Ku naszemu zaskoczeniu Jurij i Natasza wszystkich znacznie wyprzedzili, przekroczyli rzekę i poszli sobie (nawet nie wiemy, jak przeszli)
Pozostałej szóstce, pomimo wędrówek po brzegu w jedną i drugą stronę, nie udało się znaleźć miejsca, w którym dałoby się przejść strumień suchą stopą. Zdecydowaliśmy się zdjąć buty i przejść boso.
To też nie było łatwe, bo nurt był bardzo silny, a kamieniste dno stanowiło niestabilne, śliskie podłoże. 
Kuba i ja z jego pomocą powoli przeszliśmy jako pierwsi, zaraz potem Anton. 
Ksenia chciała sobie ułatwić zadanie i przerzucić buty na drugą stronę. Czy to zmęczenie, czy nieuwaga sprawiły, że nie dorzuciła i jeden but momentalnie został porwany przez wodę i szybko się oddalał. 
Tylko Kuby refleks i poświęcenie uratowały sytuację, bo rzucił się boso wzdłuż brzegu i w końcu dogonił zgubę! A potem jeszcze przeprowadził obie dziewczyny na drugi brzeg! 
Okrzyknęły go swoim bohaterem, a ja znów byłam z niego dumna.
Przewodnicy zaś siedzieli sobie spokojnie za skarpą i dziwili się, że nas tak długo nie ma.
Zdjęć z całej akcji nie ma, bo nie było na to czasu, ale po chwili suszyliśmy nogi :) I szliśmy dalej.

Na poniższym zdjęciu widać po lewej Koriacki Wulkan, od którego już się znacznie oddaliliśmy (Awaczański tymczasem zniknął z naszego pola widzenia), w środku Aag, po prawej Ariak - dwie góry, które zwracały na siebie uwagę swoją ceglastą barwą (Ariak jest też na zdjęciu trzecim i czwartym od dołu powyżej)

A potem weszliśmy w znacznie bardziej zielone tereny i około 14.00 doszliśmy do miejsca, które Rosjanie nazywali narzany (нарзаны). 

Okazało się, że to źródła wody mineralnej o ponoć cudownych właściwościach leczniczych, w co nie wątpię, wziąwszy pod uwagę jej smak - wypisz-wymaluj nasz Zuber! Fuj!
Ale dla zdrowotności wypiliśmy z Kubą dzielnie słuszne porcje!
Tu przewodnicy zarządzili też przerwę na obiad.
Obiad ugotowaliśmy, zjedliśmy, Kuba uciął sobie drzemkę, ja zrobiłam sesję foto minęło półtorej godziny, a Rosjanie się nie zbierają... 



W końcu po ponad 2 godzinach pada hasło - zostajemy tu na nocleg.
Nocleg?! Tutaj? Teraz? Jeszcze tyle dnia przed nami - mówimy zdziwieni do siebie, bo oczywiście zgadzamy się na wszystko bez szemrania, nawet jeśli nie rozumiemy sytuacji.
"Tu będzie najlepiej, dalej już gorsze miejsca są" wyjaśnia mało przekonująco Jurij.
Rozbijamy więc namioty, uzdrawiamy się śmierdzącą wodą, porównujemy nasze sprzęty i słuchamy Jurija, który opowiada o swoich górskich przygodach. A  wieczór z pięknego i ciepłego w ciągu chwili przemienił się w ponury, zimny i wilgotny, gdy opadła na dolinę chmura więc poszliśmy spać.
Rano wstaliśmy wcześnie, bo daleka droga dziś przed nami. A poranek, choć nie bezchmurny, był śliczny! Z widokiem na Aag i Ariak.

Cały czas widujemy tropy niedźwiedzi, a na niezarośniętym podłożu widać doskonale ich drogi, jak tu, gdzie Kuba idzie równolegle do ścieżki niedźwiedzia.
Nasi przewodnicy są dobrze przygotowani na ewentualne spotkanie z misiami ;)



I idziemy dalej... 

Od tej pory będzie nam się zdarzało iść wśród tak wielkich roślin, że nawet Jurze, najwyższemu z nas widać co najwyżej czubek głowy! A rośliny smagają po twarzach i czasem szarpią za plecak. Szlak przede mną.

I tu muszę napisać parę słów o Juriju...
Jurij się nie mylił! Cokolwiek by się wydarzyło, Jurij się nie mylił! W jego życiorysie chyba nie istniały sytuacje, w których by stwierdził - nie... to nie tędy, trzeba było przed chwilą skręcić w lewo... Skoro nie skręciliśmy, znaczy, że idziemy tędy! To nic, że tu nie ma szlaku, a rośliny są wyższe od nas! Mam maczetę i nie zawaham się jej użyć! Tnie więc pracowicie wielkie badyle przed nami. To nic, że tu płynie strumień, którego nie przekroczymy suchą nogą - trzeba próbować! Pomimo tego, że 100 metrów wcześniej był szlak i były mostki. "Dojdziemy i tędy!"
Jura nie wytrzymał! Robił kilka podejść, ale nie udało mu się przekroczyć strumienia. Wściekły i zdesperowany wszedł do wody w butach (dno było bardzo grząskie) i po kolei przeniósł plecaki, a potem pomógł nam wszystkim przejść. Wszystkim z wyjątkiem Jurija, oczywiście. Ten już dawno zniknął nam z oczu. :)
To nie jedyna sytuacja, w której "Jurij się nie mylił" ;-)
Słabo to widać, ale Jura właśnie stoi w wodzie!






Wtedy właśnie Jura zapowiedział, że jak tylko dojdziemy do obozu parku narodowego wraca śmigłowcem do Pietropwałowska!
  Póki co idziemy dalej...
Bulgocące źródła i śliczne mchy wokół.
 
I dochodzimy do  kolejnych narzanów (wym. nar-zanów), tym razem osłoniętych małym domkiem. Woda tu znacznie smaczniejsza.
A przewodnicy zarządzają przerwę na czaj. 
I znów się cichutko dziwimy. To był naprawdę bardzo trudny odcinek. Szliśmy bardzo szybko i bardzo długo w ciężkim terenie. Nawet zdjęć niewiele zrobiliśmy. Byliśmy głodni jak wilki! A oni mówią - napijemy się czaju, a zjemy coś już na miejscu. 
Co za szczęście, że sami się żywimy! Wyciągamy nasze liofilizaty, trzymane na czarną godzinę i w 15 minut mamy gotowy obiad. Teraz spokojnie możemy iść dalej.


Gdy wychodziliśmy zaczęło padać. To było jedyne 20 minut deszczu podczas naszego pobytu na Kamczatce (nie licząc Pietropawłowska, bo tam nawet peleryn nie musieliśmy wyjmować, wożeni przez Alexa). 


Wydawało się, że ta droga nigdy się nie skończy! Jurij cały czas mówił - już blisko. A my szliśmy i szliśmy! Jura w mokrych butach, Masza przygniatana do ziemi, Anton zmęczony jak nigdy w życiu. I głodni!
Nam było znacznie łatwiej.

I znów przez chaszcze... i las... i łąki... i strumienie...

I w końcu zobaczyliśmy drewniany domek - jesteśmy!!! To Naliczewo  czyli Налычево. Może powinnam napisać Nałyczewo, ale  fonetyczne brzmienie nazwy wypowiadane przez Rosjan bliższe było Naliczewu i przy tym zostanę. A my spędzimy tu najbliższe dwie noce.


Tego dnia przeszliśmy ok. 18-19 km. A poprzedniego najwyżej 6-7!

Wszystkie opublikowane zdjęcia z tych dwóch dni