niedziela, 14 maja 2017

Izrael cz.1 - Jaffa, Jerozolima, Betlejem.


29.11 - 6.12.2016



Wszystko przez Facebooka! Tam mi się wyświetliła ta promocja.
Przecież za podróż nad polskie morze zapłaciłabym więcej... A tam ciepło, chociaż na chwilę wyrwę się naszej zimie... I Boże Narodzenie wkrótce - piękna trasa na ten czas!

Bilety Ryanaira do Ejlatu w Izraelu za 298 zł w obie strony! Jak nie łapać takiej okazji?!

Koncepcję wyjazdu do tego kraju miałam już od dawna - patent sprawdzony na Wyspach Kanaryjskich, lekko zmodyfikowany - potrzeba 4 osób, pożyczamy tam samochód, śpimy w namiotach i na Couchsurfingu (to ta modyfikacja), z Polski zabieramy tyle jedzenia ile się da, bo Izrael to drogi kraj.
Dzwonię do koleżanek, z którymi już podróżowałam i szybko się okazuje, że mamy skład - Wanda (Norwegia), Ania (Gran Canaria, Dolomity) i Ela (Dolomity) szybko podejmują decyzję i kupujemy bilety. Hurrrra!


Lot z Krakowa 29 listopada, powrót tydzień później.
Gdy termin wyjazdu się zbliżył zaczęłam przeglądać profile na stronie Couchsurfingu i napisałam mnóstwo zapytań. Wiele było odpowiedzi odmownych, bo nieliczni mają warunki na przyjęcie 4 osób jednocześnie, ale trzy osoby napisały tak! Zapraszamy. Cudownie!
Bardzo zależało mi na tej formie noclegów z dwóch powodów - to, że są one za darmo to bardzo ważne w tak drogim kraju jak Izrael. Ale równie ważny jest ten bliski, bezpośredni kontakt ze zwykłymi ludźmi, którego nigdy się nie ma, gdy nocuje się w hotelu, hostelu czy nawet namiocie.
Doświadczyłam tego podczas wyjazdu na Kamczatkę i chciałabym, aby w każdej mojej podróży była sposobność na przeżycie tych wspaniałych emocji!
Tak więc spędziłyśmy po kolei - dwie noce w aglomeracji Tel Awiwu, jedną w Jerozolimie, dwie w niewielkim kibucu(!) Harduf między Hajfą a Nazaretem i po jednej nocy w namiocie nad Morzem Martwym i Morzem Czerwonym.

Nadszedł dzień wylotu. Z okien samolotu ładnie prezentowały się rumuńskie góry, a szczególne wrażenie zrobiły na mnie oazy na pustyni już nad Izraelem oraz sama pustynia.







Wylądowaliśmy na lotnisku Ovda oddalonego od Ejlatu o ok. 60 km. Autobus do miasta kosztuje 40 zł. W Ejlacie tylko odebrałyśmy samochód z wypożyczalni i od razu wyruszyłyśmy do Tel Awiwu po drodze robiąc tylko nieliczne przystanki na podziwianie widoków.






Powyżej góry w Jordanii
 



Droga była daleka, niewłaściwe tłumaczenie z hebrajskiego nazwy ulicy na maps.me zmusiło nas do ponad godzinnych poszukiwań domu Alexa więc po dotarciu w końcu do celu po 23.00 od razu poszłyśmy spać.
Zdjęcia z tego dnia
Następny dzień zaczęłyśmy od plażowania nad Morzem Śródziemnym.
Zachmurzone niebo nie zachęcało do kąpieli, miałam zamiar tylko nogi pomoczyć, ale woda okazała się tak ciepła, że z przyjemnością natychmiast się zanurzyłam i żal mi było wychodzić. Pozostałe dziewczyny poprzestały na wylegiwaniu się na plaży :)
Potem poszłyśmy kawałek nadbrzeżnym szlakiem do wykopalisk jakiejś łaźni i pojechałyśmy do Jaffy.




W oddali Tel Awiw








Jaffa okazała się prześliczna! Mogę wręcz powiedzieć, że podobała mi się zdecydowanie najbardziej ze wszystkich odwiedzonych miast i miasteczek.
















Pozostały czas wykorzystałyśmy na zwiedzenie Monastyru Latrun i pobliskiego Emmaus.
A rosły tam niewiarygodnie wysokie (nawet 4 metry) kwiatki, które znam z naszych doniczek jako gwiazdy betlejemskie.





Monastyr Latrun
 






Emmaus




A jak się ściemniło, wróciłyśmy do domu naszych gospodarzy, gdzie najpierw spędziłyśmy czas na pogawędce z ich sublokatorami Olgą i Kiryłem (od których otrzymaliśmy bezcenne rady dotyczące parkowania w Jerozolimie), a po powrocie z pracy gospodarzy, Alexa i Żeni, rozpoczęliśmy imprezę integracyjną wspomaganą leczniczymi miksturami typu Beherowka. Alex i Żenia (tak jak Kirył i Olga) to Rosjanie z trochę hippisowską przeszłością, którzy wraz z trójką swoich dzieci przeprowadzili się z Petersburga 3 lata temu w poszukiwaniu lepszego życia. Dużo podróżują, chodzą po górach, jeżdżą na rowerze i są bardzo otwarci :)







Zdjęcia z tego dnia

O poranku opuściłyśmy naszych przemiłych gospodarzy i pojechałyśmy do Jerozolimy, którą (razem z Betlejem) zwiedzałyśmy przez kolejne dwa dni.
Zaparkowałyśmy zgodnie ze wskazówkami Kiryła - za darmo, a niedaleko starego miasta - i poszłyśmy najpierw na Górę Oliwną, a potem za mury Jerozolimy.
Zwiedzałyśmy wszystko  z przewodnikami dziewczyn, których ja nie mam i teraz nie jestem pewna, które zdjęcia są skąd... :(
Napiszę więc tylko, że zwiedziłyśmy wiele świątyń różnych wyznań, byłyśmy na cmentarzach i w Ogrodzie Oliwnym, w miejscu zwiastowania NMP, ukrzyżowania Jezusa i  zdrady Judasza. W kościele, w którym treść modlitwy "Ojcze Nasz" umieszczona jest na ozdobnych tablicach ponoć we wszystkich językach świata i pod Ścianą Płaczu w strugach deszczu. I jeszcze w wielu innych miejscach.


Góra Oliwna


Cmentarz Żydowski na Górze Oliwnej z grobem Zachariasza po lewej


Mury Jerozolimy i kopuła meczetu Al-Aksa
Grób Absaloma
 
Kościół Narodów 

Ogród Oliwny


Cerkiew św. Marii Magdaleny
 









Na górze i na dole miejsce grobu NMP


Powyżej miejsce zdrady Judasza 









Miejsce, gdzie złożono w grobie ciało Jezusa


A potem pojechałyśmy na nocleg do niezwykłej kobiety! Dina jest drobniutką i niską, ale silną i zdecydowaną kobietą. Wychowała 7 dzieci, a obecnie mieszka z czterema najmłodszymi synami. Do niedawna mieszkali na wsi na północy Izraela, dla edukacji synów przeprowadziła się do Jerozolimy. Prowadziła na wsi niemal samowystarczalne gospodarstwo. Uprawiała kawałek ziemi, hodowała zwierzęta, tkała na krosnach, robiła sery, piekła chleb. Jej dobytek nie mógł się pomieścić w miejskim domu dodatkowo poprzegradzanym półkami z mnóstwem książek. Było ciasno.
A jednak przyjęła jeszcze nas cztery w gościnę! Mało tego! Spędziła tym domu dwie noce także Rosjanka z Syberii (też z Couchsurfingu)
Gdy pojawiłyśmy się w drzwiach, okazało się, że gospodyni nie ma w domu, są tylko synowie. Chłopcy zajęli się nami serdecznie, zaproponowali herbatę, przygotowali miejsca do spania, zabawiali rozmową, a w międzyczasie gotowali kolację. Jak się okazało - także dla nas! Zjedliśmy ją wspólnie po powrocie Diny do domu. 
Po kolacji dłuuugo rozmawiałyśmy. Dina pierwszy raz miała gości z Polski i miała wiele pytań o nasz kraj teraz i w przeszłości. Wiele wiedziała, była bardzo wykształcona. Dowiedziałyśmy się, że wszystkie swoje dzieci uczyła (do studiów) sama! Jeden z synów został weterynarzem, drugi reżyserem, inny artystą-stolarzem. A teraz najmłodszy - 14-latek zapragnął pójść do szkoły więc przyjechali wszyscy do miasta.
Szacunek i serdeczność, z jaką chłopcy traktowali swoją mamę był wzruszający. Tak jak sympatia i kultura chłopców w stosunku do nas.
To był naprawdę niezwykły wieczór z niezwykłymi ludźmi! Takich ludzi się nie zapomina!







Zdjęcia z tego dnia

Następnego dnia dokończyłyśmy zwiedzanie Jerozolimy. Przeszłyśmy fragment Drogi Krzyżowej, odwiedziłyśmy dwa etiopskie kościoły, w tym koptyjski, wróciłam szybciutko zobaczyć ścianę płaczu w chwilowym przebłysku słońca i pojechałyśmy do Betlejem. 








Koptyjski kapłan








Samochód musiałyśmy zostawić za murem, a że w międzyczasie lunęło, oziębiło się i dmuchnęło wiatrem, że postanowiłyśmy wziąć taksówkę do Kościoła Narodzenia Pańskiego. Większość kościoła była w remoncie.
 
Miejsce Narodzenia Jezusa




Nasz taksówkarz zabrał nas po drodze na wspaniałe wielkie falafele w bułce - całość po 5 zł! Z 5 razy taniej niż w Jerozolimie! 

Potem jeszcze odwiedziliśmy punkt widokowy (przy tej pogodzie niewiele pokazujący) oraz  rodzinny sklep i wytwórnię różańców, krzyżyków, figurek itp. z drzewa oliwnego. Chłopcy (jak się okazało - katolicy) byli bardzo mili, pokazywali nam jak się co robi i na koniec zrobiliśmy sobie wspólną fotkę.








Muszę powiedzieć, że mur okalający terytorium Palestyny i jego przekraczanie robi bardzo przygnębiające wrażenie. Wręcz odzywają się jakieś klaustrofobiczne lęki...
Ciężko musi się żyć w takim getcie...







Drugą uwagą - nie wiem, czy nią nie podpadnę ;-) - jest moje wrażenie z Jerozolimy. Rzadko mi się zdarza, żebym po powrocie skądś pomyślała - nie zależy mi, żeby tu wrócić. 
Będąc w tym mieście odniosłam wrażenie, jakbym była na wielkim i ponurym  targowisku z wciśniętymi w różne zaułki miejscami kultu różnych religii. Ta różnorodność była bardzo interesująca, ale to wciśnięcie nie! Tam nie było czym oddychać...
Może kiepska pogoda jakoś wpłynęła na moje odczucie, ale cieszę się, że już tam byłam, że odwiedziłam te wszystkie ważne dla chrześcijanina miejsca, że dotknęłam burzliwej historii, ale nie planuję powrotu do Jerozolimy.
Bo do Izraela - owszem :)
Po wyjściu zza murów wsiadłyśmy do samochodu i skierowałyśmy się na północ, na nocleg do kibucu.
Ale co się wydarzyło po drodze i w następnych dniach opiszę w drugiej części opowieści, na którą już teraz zapraszam :)

Zdjęcia z tego dnia