środa, 3 maja 2017

Dolomity, Włochy cz.3 "ferratowanie" pełną gębą ;-)

  27.08 - 3.09.2016


Wyruszamy wcześnie rano, bo dziś poważna ferrata w planie - busami dojeżdżamy płatną drogą dość wysoko, a potem trochę trekkingu do początku ferraty.
Pogoda niestety nieszczególna, dużo chmur, nie widać słynnych skał Tre Cime,  chociaż jesteśmy u ich podnóża, ale wierzymy (jak się okazało słusznie!), że będzie lepiej :)




Ferrata zaczyna się tunelem wykutym w skale. Tych tuneli jest tu bardzo dużo. Ich wydrążenie związane jest z walkami włosko-austriackimi podczas I wojny światowej.

Przed wejściem wpatrujemy się zbiorowo w zamglone Tre Cime i odważnie ruszamy!
Za mną początkowo idzie mój anioł stróż, który pomaga mi przejść najtrudniejsze dla mnie odcinki bez liny. Dziękuję Wacku :)













Idąc, dłuższy czas obserwujemy kotłujące się w dolinie chmury 



 W końcu dochodzimy do przełęczy Forcella Camoscio (Przełęcz Kozic), z której można rozpocząć podejście na szczyt Monte Paterno lub zacząć schodzić w stronę schroniska Locatelli.

Prawie wszyscy od razu atakują szczyt, tylko cztery duszyczki postanawiają odpuścić z różnych powodów.

Dziś myślę, że powinnam była pójść, ale wtedy zdecydowałam, że jak na początek ferratowej przygody wystarczy mi dotychczasowych osiągnięć. Więc zapewne dobrze zrobiłam, choć żal mi widoków ze szczytu :)

Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy schodzić, podziwiając odsłoniętą już z chmur przepiękną panoramę :) Zejście było bardzo strome, jednak nadzwyczaj bezpiecznie się na nim czułam :)





W wielu miejscach szlak prowadził tunelami, a w ich odgałęzieniach można było podziwiać świat "przez dziurkę od klucza" ;-)


Przy schronisku była oczywiście sesja fotograficzna oraz dłuuugi i błogi czas relaksu.
Niesamowite wrażenie robiło z tej perspektywy strzeliste i postrzępione Monte Paterno!
A Tre Cime, już pozbawione woalki z chmur, wciąż przyciągało wzrok.


 




 A potem różnymi drogami wróciliśmy do punktu wyjścia. Ja wybrałam dość długą drogę po drugiej stronie Tre Cime, okrążając je tego dnia dookoła.












Następny, ostatni już dzień poświęciliśmy na zdobycie Piz Boe (3 152 m n.p.m.) stylem "na leniwca", czyli najpierw wjechaliśmy kolejką na przełęcz Pordoi.Widać stąd dobrze najwyższy szczyt Dolomitów - Marmoladę (3343 m n.p.m.) z pokrywającym ją lodowcem.




Po krótkiej sesji fotograficznej rozpoczęliśmy trekking na szczyt, o czym opowiem jedynie obrazkami.

















Nad szczytem zaległa czapa z chmur, co dawało ciekawe efekty uwieczniane masowo na fotkach. 









A potem, po zbioróweczce, ilustrującej doskonale atmosferę panującą podczas całego  wyjazdu rozpoczęliśmy schodzenie inną, krótszą drogą.








Następny dzień to już czas niespiesznego powrotu z pięknymi widokami za oknem






Na podsumowanie powtórzę swoje słowa z pierwszej części...
Dziękuję ci Boże, że uczyniłeś mnie zdolną do takich szalonych decyzji, że zwyciężyła Jola szalona!
Wszystko zdążyłam zrobić, elektrownia nie odcięła mi prądu z powodu opóźnień w płatnościach, grzyby wyschły na czas, a bałagan jak był tak jest! ;-)
A to co przeżyłam stanowi radosne wspomnienie, przepełnione wielką sympatią do uczestników i nowymi przyjaźniami, wdzięcznością Bogu za moje życie  i dumą z osiągnięć, a wszystko okraszone pięknymi krajobrazami pod powiekami!

Ludzie! Nie bójcie się, żyjcie! Nie zasłaniajcie się wiekiem, samotnością, brakiem pieniędzy.
Znajdźcie sposób i zamieniajcie marzenia we wspomnienia! :)

A kto chciałby jeszcze popatrzeć na przepiękne, choć uwieczniane komórką,  Dolomity zapraszam do swojej internetowej galerii z tego wyjazdu (jest troszkę zdjęć nie moich). Zdjęcia z Dolomitów.