niedziela, 23 października 2016

Niegościnny Petersburg




Wysiedliśmy przy Newskim Prospekcie w ulewnym deszczu. Szybciutko wbiegliśmy do pobliskiej stacji metra, wyjęliśmy pieniądze z bankomatu, przyodzialiśmy się odpowiednio na tę (nie)pogodę, a nawet opracowaliśmy trasę marszruty przez miasto dzięki znajdującej się w metrze dokładnej mapie centrum. 


Dwa wielbłądy ;)




Najpierw poszliśmy zwiedzić pobliski Chram  na Krwi, nazwany tak, ponieważ został wzniesiony na miejscu, gdzie w 1881 został zamordowany car Aleksander II. Inna nazwa to Cerkiew na Krwi lub Sobór Zmartwychwstania Pańskiego w Sankt Petersburgu. Piękny to budynek, niestety nie widzieliśmy wnętrza, bo był jeszcze zamknięty. Zbyt ranne ptaszki z nas ;)




 

Inne interesujące nas zabytki są nieco oddalone więc idąc w ich stronę rozglądamy się za ciepłym i suchym! miejscem z wi-fi, gdzie moglibyśmy zjeść śniadanie i nawiązać łączność z Nadią z Couchsurfingu, która (wraz z mężem) zaprosiła nas do siebie na dzisiejszą noc.

Znajdujemy bar czynny o tej porze, serwujemy sobie gorącą herbatę do śniadania i kawę po posiłku.



Nieśpieszno nam na ten "wodny świat" tym bardziej, że wi-fi jest słabieńkie i dogadanie się z Nadią trochę trwa. Ustalamy, że przyjdziemy do niej do pracy, bo to w centrum, a po drodze mamy wiele miejsc do zwiedzania.
W końcu więc jednak nie ma ratunku  - trzeba iść! Wszak Ermitaż czeka!



Dotychczas poruszaliśmy się w gęstej zabudowie i nie odczuliśmy tego wiatru, ale na wielkim Placu Pałacowym już nam wyraźnie dokuczał!


Potem idziemy w stronę Nabrzeża Uniwersyteckiego, bo tam, w Akademii Sztuk Pięknych jest Nadia. Wejście naprzeciw sfinksów. Są! 





U Nadii pijemy pyszną kawę i zostawiamy toboły. Nadia kończy pracę za 3 godziny więc my na lekko wypuszczamy się  jeszcze  na miasto, na tę poniewierkę, ha ha.


Najpierw kierujemy się do Twierdzy Pietropawłowskiej lub krócej Pietropawłowki (to najstarsza budowla w Sankt Petersburgu) i wchodzącego w jej skład soboru świętego Piotra i Pawła.






 

 Newa wyglądała nie jak rzeka, ale jak niespokojne morze ;)



A tak wyglądała nasza poniewierka :-D
Zdjęciowo...





I filmowo... ;)



O sile wiatru świadczyła też zawartość koszy na śmieci w całym mieście!



Ale chwilami było nawet miło ;-)



Po obejściu różnych zakamarków w rejonie twierdzy poszliśmy w stronę Pałacu Admiralicji i otaczającego go parku, w którym odnajdujemy ulubioną kawiarenkę Nadii i wypijamy wyborne espresso.







Miło posiedzieć w przytulnym kąciku, ale czas na nas! Nie ma to tamto, obowiązki turysty wzywają! :-D

Okrężną drogą, zahaczając o różne kąty, znów idziemy w rejon Ermitażu - może będzie pogodniej? ha ha
Nie jest! Jest tak samo szpetnie jak z rana... Wykonujemy więc nasze rytualne figury i powoli wracamy, bo Nadia wkrótce kończy pracę. Po drodze jeszcze zjadamy obiad.





 



Razem z Nadią jedziemy do jej domu metrem. Ruchome schody sprowadzające nas  pod ziemię  są najdłuższymi, jakimi w życiu jechałam! Ta stacja, jak mówi nam Nadia, jest też najgłębiej położoną stacją metra w Petersburgu, a może i całej Rosji!
 

W ślicznym mieszkanku spotykamy się z Żenią, mężem Nadii,  i ucinamy sobie miłą pogawędkę, podczas której dowiadujemy się, że jedną z atrakcji nocnego życia Petersburga jest otwieranie zwodzonych mostów żeby mogły przepłynąć statki. Zaczyna się to około 23.00 i trwa 2-3 godziny. 
Podobno zawsze gromadzi to spore tłumy gapiów i często  jest przewidziane jako ważny punkt w programach wycieczek. 

Gospodarze proponują nam więc tę atrakcję, a my, choć bardzo chętni, jakoś niepewni jesteśmy, czy damy radę... Wszak całą noc spędziliśmy w drodze i co prawda spaliśmy, ale to ani normalna długość, ani jakość snu...

Nadia, osóbka bardzo konkretna i pomysłowa proponuje - w takim razie teraz idziemy spać, a o 22.00 wstajemy i jedziemy na miasto!
Takim sposobem nieco po 18.00 wylądowaliśmy w łóżkach, a potem był...

Petersburg by night! :-D





Tłumy gapiów na nabrzeżu, na tle Ermitażu.



Mosty oświetlone, ale jeszcze zamknięte...





... w końcu się otwierają



A my robimy wspólną fotką na tle Pietropawłowki i włóczymy się chwilę po mieście, wykorzystując to, że nie pada deszcz i jest naprawdę przyjemnie :)







Nie mielibyśmy szans zobaczyć Petersburga nocą i tego malowniczego, intensywnego ruchu statków (nie mam dobrych zdjęć, bo za szybko płynęły ;-) ), gdyby nie nasi wspaniali gospodarze!

Rano wstajemy wcześnie, bo przed nami droga do Moskwy, a przed Nadią i Żenią codzienne obowiązki.
Dostajemy jeszcze na drogę pożywne śniadanie podane w prześlicznym kąciku, prawda?



I wychodzimy z domu. Na parkingu robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, Żenia podwozi nas do metra i czas się rozstać... :(



Dziękujemy Wam, kochani, że ugościliście nas tak miło, szczególnie będąc tydzień(!!!) po ślubie! Chciałabym mieć okazję Wam się odwdzięczyć!

My tymczasem jedziemy na wylot najpierw metrem, potem autobusem. Kuba upatrzył miejsce, które wydawało się świetne na łapanie stopa, bo to wielopasmowa droga do Moskwy, a przy niej przystanek autobusowy.

Podczas oczekiwania na autobus próbujemy łapać, ale autobus przyjeżdża wcześniej niż "nasz" kierowca ;)



Jedziemy więc tam, gdzie wcześniej zamierzaliśmy.








Ale to miejsce okazuje się nie być dobre :(
Kierowcy jadący czteropasmową drogą szybkiego ruchu zazwyczaj z prędkością ok 100 km/godz.wyjeżdżając zza zakrętu akurat bezpośrednio przed przystankiem, nie mają czasu  na bezpieczną reakcję. Poza tym prawie wszystkie auta osobowe jadą pasem trzecim i czwartym - najbardziej od nas odległym, chyba w większości nawet nas nie dostrzegają.
Najbliższym pasem jadą głównie ciężarówki, a one, po zaostrzeniu przepisów o przewożeniu pasażerów, nigdy nie biorą dwóch osób. Ani razu nie jechaliśmy ciężarówką podczas całej naszej podróży!

Jeszcze do tego mamy konkurencję - na zdjęciu powyżej widać dwóch rosyjskich autostopowiczów. Oni są pierwsi i po ok. 2 godzinach odjeżdżają. My stoimy prawie 6! W końcu zatrzymuje się młody człowiek, archeolog wracający z pracy i podwozi nas kilkadziesiąt kilometrów do miejsca, w którym mieszka. Tam znów chwilę łapiemy bez skutku. 

Aż w pewnym momencie Kuba mówi do mnie, pokazując człowieka w oddali - "popatrz, on nas chyba woła?" Trudno to było stwierdzić na odległość kilkuset metrów, ale poszliśmy w jego stronę. 

Okazało się, że widział nas już jakiś czas temu, ale miał przerwę. A teraz rusza do Moskwy, a skoro nic wcześniej nie złapaliśmy, chętnie nas zabierze! Hurra! 

Wsiadamy więc do towarowego busa, z trudem upychamy bagaże i ruszamy z Kostią do stolicy!

Kostia... mój... wyrzut sumienia... ;)

Kostia jest bardzo rozmowny, ale zna tylko rosyjski i chyba mówi jakąś gwarą, bo bardzo trudno mi go zrozumieć. Mimo wszystko się nie poddajemy i dowiaduję się, że jest niewiele starszy od Kuby, pochodzi z Syberii, od kilku lat mieszka w Moskwie.
Ma za sobą trudny życiorys. Jak mówi - wszystko przez Gorbaczowa! To po jego pieriestrojce ludzie stracili najpierw pracę, a potem chęć do  życia. A wtedy w jego wiosce pozostały tylko - alkohol, narkotyki i bandytyzm. 
Nie wiem, który czynnik zadziałał w rodzinie Kostii, ale w wieku kilkunastu lat chłopak został na świecie sam. Zupełnie sam. Twierdził, że nie ma ani rodziców, ani dziadków, rodzeństwa, kuzynów - nikogo! Imał się przeróżnych zajęć w swojej okolicy, ale ciężko było się utrzymać.
Przyjechał więc do Moskwy, bo tu jest praca. Jeździ 2 razy w tygodniu na trasie Moskwa - Petersburg, ale jego największym marzeniem jest własna ciężarówka. Wtedy pracowałby tylko na siebie i uczciwie zarabiał.
Kostia ma dziewczynę, chciałby z nią być, ale nie wie, czy coś z tego będzie. Dziewczyna jest lekarką i mieszka w Kazaniu - bagatela 800 km! Spotykają się co kilka tygodni.

Kostia ma też serce na dłoni... jest taki szczęśliwy, że mieszka w Rosji, a to taki piękny kraj! I ludzie tu tacy dobrzy! I Putin tak się wszystkimi opiekuje, tak troszczy się o wszystko - sam ma niewiele, a jeszcze pomaga całemu światu, jeśli tylko komuś potrzeba albo dzieje mu się krzywda! 

Kostia powtarza to wielokrotnie, mocno w to wierzy.

Kostia jest bardzo miły i cieszy się, że z nami jedzie... A my niewdzięcznicy, co?! Zaczynamy zasypiać!
Senność nie do opanowania nas ogarnia i zostawiamy Kostię samemu sobie.
Walczę ile mogę. Ilekroć się przebudzę zagaduję do Kostii, ucinamy jakąś pogawędkę, przez 15 minut ustalamy z trudem o co nam chodzi i tylko chwila ciszy wystarczy, bym znów usnęła. 

Stąd ten wyrzut sumienia. 

Rankiem żegnamy się z Kostią w pobliżu stacji metra i rozpoczynamy moskiewski etap naszej podróży. Mamy całe 2 dni na zwiedzanie stolicy.



Wiecie, jakie to miłe uczucie doświadczyć serdeczności innych ludzi? Nadia, Żenia, Kostia zawsze już będą mieli swoje miejsce w moim sercu. I wierzę, że oni czują podobnie, bo gdy ja biorę autostopowiczów (a robię to często) to też sprawia mi to radość. 
I bardzo chętnie przyjęłabym couchsurfingowych gości pod swój dach, ale jakoś nikt do tej mojej Stalówki jeszcze nie chciał przyjechać, pomimo, że moja oferta jest na stronie już od 3 lat.

Do tego odcinka zdjęć jest więcej niż w relacji i choć robione bez słońca nie mają blasku, zapraszam do ich obejrzenia i przeczytania opisów :) Kliknij tu