Wsiadając do samochodu po zwiedzaniu Jerozolimy i okolic wiedziałyśmy, że musimy zatankować. A że szczęśliwi czasu nie liczą, zapomniałyśmy o tym, jaki to dzień. Była sobota. A w szabat wszystko zamknięte przecież! Z duszą na ramieniu wyruszyłyśmy rozglądając się w poszukiwaniu stacji benzynowej. W końcu znak poprowadził nas w boczną drogę i tam była stacja - jak się okazało - całkowicie samoobsługowa. No tak! Zaraz będą kłopoty... Nie lubię automatów nawet w Polsce, a co dopiero za granicą, z moim marnym angielskim.
No
chyba prorok jestem! Oczywiście maszyna zaraz zaczęła się czepiać.
Chciałam zatankować z użyciem karty kredytowej (którą ze wstrętem
wyrobiłam wyłącznie na okoliczność wypożyczenia auta, bo bez niej się
nie dało) i chociaż kartami bankowymi posługuję się od 20 lat nie mogłam
przebrnąć przez polecenia maszyny. Żądała jakiegoś numeru, ale żaden z
tych, którego się spodziewałam (pin, nr karty, nr stanowiska) i który
wpisywałam jej nie pasował. Po kilku próbach poczułam się bezradna.
Dziewczyny też nie umiały pomóc. Poprosiłam ochroniarza kręcącego się po
obejściu, ale on także po kilku próbach się poddał. W końcu przyjechał
inny klient i stwierdził, że automat żąda nr rej. samochodu! W życiu bym
na to nie wpadła! Mało tego - po jego podaniu automat wiedział, że auto
jest pożyczone zażądał więc numeru mojego paszportu!!! Spotkaliście się kiedyś z taką procedurą? Wszystko
to trwało dość długo, wymagało wyciągania i przekładania dokumentów i
połączone było z moim sporym stresem. Na szczęście w końcu
zatankowałyśmy i pojechałyśmy dalej.
I teraz uprzedzę fakty i zanim przejdę do części rozrywkowej napiszę dalszy ciąg tych zdarzeń.
Wszystko przez Facebooka! Tam mi się wyświetliła ta promocja. Przecież za podróż nad polskie morze zapłaciłabym więcej... A tam ciepło, chociaż na chwilę wyrwę się naszej zimie... I Boże Narodzenie wkrótce - piękna trasa na ten czas! Bilety Ryanaira do Ejlatu w Izraelu za 298 zł w obie strony! Jak nie łapać takiej okazji?! Koncepcję wyjazdu do tego kraju miałam już od dawna - patent sprawdzony na Wyspach Kanaryjskich, lekko zmodyfikowany - potrzeba 4 osób, pożyczamy tam samochód, śpimy w namiotach i na Couchsurfingu (to ta modyfikacja), z Polski zabieramy tyle jedzenia ile się da, bo Izrael to drogi kraj. Dzwonię do koleżanek, z którymi już podróżowałam i szybko się okazuje, że mamy skład - Wanda (Norwegia), Ania (Gran Canaria, Dolomity) i Ela (Dolomity) szybko podejmują decyzję i kupujemy bilety. Hurrrra!
W ostatniej opowieści z Dolomitów (część 1, część 2, część 3) "Jola szalona" obiecała, że we wrześniu już "siądzie na tyłku". I tak było, ...ale tylko przez 3 tygodnie. Bo potem nastąpiło kilka drobnych, najczęściej weekendowych wyjazdów w różne rejony Polski (głównie góry, jak zwykle). Opiszę je tutaj w jednym poście, ponieważ będą dobrą ilustracją odpowiedzi na pytanie - skąd wziąć towarzystwo na wycieczkę? Czytelnicy mojego bloga, a czasem też znajomi mówią/piszą do mnie "też bym tak chciał/a podróżować, wędrować, czy jeździć na rowerze, ale nie robię tego, bo nie mam z kim". Sama też się borykałam (i czasem nadal borykam) z tym problemem. Kiedyś było prosto! Wiadomo było z kim - z mężem! Lubiliśmy aktywne życie i ciągle nas gdzieś nosiło. A potem zostałam sama i po długim i trudnym okresie adaptacji do samotności postanowiłam, że muszę coś z tym zrobić! Bo chociaż uwielbiam samotną wędrówkę po górach to tylko na krótką metę. Jestem "zwierze towarzyskie" i lubię dzielić się wrażeniami z drugim człowiekiem :). Opisując, co robiłam we wrześniu i październiku, poświęcę trochę uwagi ludziom, którzy mi towarzyszyli (lub nie).
Wyruszamy wcześnie rano, bo dziś poważna ferrata w planie - busami dojeżdżamy płatną drogą dość wysoko, a potem trochę trekkingu do początku ferraty. Pogoda niestety nieszczególna, dużo chmur, nie widać słynnych skał Tre Cime, chociaż jesteśmy u ich podnóża, ale wierzymy (jak się okazało słusznie!), że będzie lepiej :)