sobota, 21 kwietnia 2018

Cz.6 Portugalska Droga Św. Jakuba czyli Camino Portugués Litoral 6-27.06.2017


Z albergue w Ramallosa wyszłyśmy z Magdą i Kasią nieśpiesznie, a muszle prowadziły nas peryferyjnymi osiedlami wśród domków jednorodzinnych. Niestety, od tego dnia skończył się dla nas Atlantyk... Jeszcze będziemy go czasem widziały w oddali, ale to już całkiem co innego :(
Idąc kilka pierwszych kilometrów rozglądałyśmy się za jakimś barem lub sklepem, gdzie mogłybyśmy zacząć dzień należycie, czyli kawą. Ale domków było coraz mniej i kurczyła się nasza nadzieja na zdobycie małej czarnej. A droga przed nami daleka!
Zdesperowana zapytałam pana spacerującego z pieskiem, czy możemy się gdzieś w pobliżu napić kawy, a pan powiedział - Tak! U mnie. Zapraszam!
Jest tylu cudownych ludzi na świecie! :D



Juan mieszka w ślicznym małym domku z podwórkiem i parzy wyborną kawę!






Po kawie i pogawędce postanowił pokazać nam mniej znaną (i początkowo w ogóle nie oznaczoną) wersję Camino, znacznie przyjemniejszą, szczególnie jak na tak upalny dzień (37 stopni!). Rzeczywiście rzeczka, wzdłuż której szliśmy i otaczające brzeg drzewa dawały dużo ochłody. A że miło nam się razem szło, Juan przewędrował z nam chyba ze 3 kilometry zanim zawrócił.

Miły zagajnik wkrótce się jednak skończył, a my weszłyśmy do wsi. A tam kolejna atrakcja - kościółek, w którym ludzie szykowali się do procesji. Największe wrażenie zrobiły na nas kobierce, którymi ozdobiona była cała trasa przemarszu wiernych.
Wykorzystano do ich usypania bardzo różnorodne materiały - głównie kwiaty, ale też różne gałązki, słomę, drobne kamyczki, tkaniny i wiele innych surowców.











Po drodze chwilę towarzyszyłyśmy procesji, ale wkrótce skręciłyśmy w swoją stronę, przeszłyśmy wieś i zafundowałyśmy sobie następną przygodę. A właściwie ja zafundowałam dziewczynom ;)
Przygodę pod hasłem - kto drogi prostuje, w domu nie nocuje!
Otóż moje maps.me, które czasami odpalałam "kontrolując" trasę pokazały mi lepszą, moim zdaniem, drogę, bo w przeciwieństwie do tej oznaczonej muszlami, prowadzącej przez wsie - wiodła lasem. I nawet nieco krótsza mi się wydawała. Same korzyści, a największa to cień i zapach eukaliptusów.
Powiedziałam więc dziewczynom, że ja tu skręcam - chwilę się naradzałyśmy i dziewczyny też się na to zdecydowały.
Ale maps.me nie pokazuje różnicy wzniesień - i tu był pies pogrzebany!
Połączenie dotkliwego upału, ciężkich plecaków i droga góra-dół dały nam w kość jak diabli. I ta niepewność, czy my aby dobrze idziemy? Ani żywego ducha, żeby zapytać. Widziałyśmy oznaczenia żółtego szlaku turystycznego, ale czy on wiedzie w naszym kierunku?... hmmm.
Ostatecznie po długiej i wyczerpującej wędrówce zobaczyłyśmy w końcu jakieś zabudowania - była radość!








We wsi na szczęście był bar, w którym, ku pokrzepieniu, zafundowałyśmy sobie porządne zimne piwo. Po ustaleniu, dzięki lokalsom, gdzie jesteśmy stwierdziłyśmy, że już pokonałyśmy sporo dłuższą trasę niż ta "praworządna", a czeka nas jeszcze kilka kilometrów krętego asfaltu przez górki. Tego było za wiele!
Zaczęłyśmy wypytywać o jakieś połączenie do Frexio, do którego zmierzałyśmy, ale okazało się, że nie ma na to szans, szczególnie, że była już chyba 19.00, a może i później.
Ale co ja mówiłam na początku? Pamiętacie?  - Jest tylu cudownych ludzi na świecie!
Młody chłopak w barze zaoferował się, że nas podwiezie - zrobi sobie wycieczkę :) I stanowczo odmówił nawet zwrotu kosztów paliwa!

Tak więc ostatni odcinek naszego "skrótu" miałyśmy komfortowy.
Jednak to przygód nie koniec.
Po zameldowaniu się w albergue (donativo, ale nie mniej niż 5 euro) Magda zauważyła, że nie ma telefonu. Nic nie dały usilne poszukiwania... Ostatni raz miała go w ręce, gdy wsiadając do auta chowała go do kieszeni. Musiał jej się z niej wysunąć - albo na ulicę albo już w samochodzie...
I jak tam teraz dotrzeć? Co robić? Nie potrafimy nawet powiedzieć, gdzie byłyśmy. Co to za bar? Co to za wieś?. Wiedziałam tylko na maps.me, jak tam dojechać. Poprosiłyśmy hospitaliero o radę, a on zaproponował - mój syn pojedzie z Wami.
I rzeczywiście po chwili jedziemy - Magda i ja - z następnym cudownym człowiekiem do baru, a tam barmani namierzają telefonicznie człowieka, który nas podwoził. Okazało się, że telefon jest w jego aucie pod dziecięcym fotelikiem, ale auto jest już daleko stąd i wróci dopiero za godzinę-dwie. Wtedy też ktoś podjedzie do nas do albergue i go przywiezie.
Wróciłyśmy więc z synem gospodarza, który w gratisie dorzucił nam po drodze wycieczkę na malownicze wzgórze z kapliczką i pięknymi, rozległymi, nieco zamglonymi widokami na Ocean i pobliskie Vigo :)








Telefon dotarł, a my, po opadnięciu emocji w tym dniu pełnym wrażeń i przykładów ludzkiej dobroci, poszłyśmy wreszcie spać na fajnym wielkim poddaszu, przypominającym mi schroniskowe klimaty.



Od następnego dnia wszystko się zmienia... Koniec z leniwymi porankami, ze swobodną niespieszną włóczęgą i uroczymi popasami z kontemplacją widoków...
Zaczyna się rodzaj delikatnego wyścigu, ponieważ w następnej miejscowości Redondela zbiegają się trzy Drogi - Portugués Central i Portugués da Costa, które są popularniejsze niż nasza, czyli pielgrzymów jest tam więcej niż na naszej Portugués Litoral. A większości z nich zależy na miejscówce w municypalnych (coś jak gminne) albergach, bo i tańsze od prywatnych i bardziej klimatyczne. Miejsca w nich nie można zarezerwować, obowiązuje zasada "kto pierwszy ten lepszy".
Druga sprawa to upał. Temperatura  od południa znacznie przekraczała 30 stopni, a już morska bryza nie chłodziła i gorąco mocno wszystkich osłabiało.
Wstawaliśmy więc nad ranem, żeby wyjść zazwyczaj przed świtem, który w zachodniej Hiszpanii jest znacznie później niż u nas.

Tak więc tego poranka wyszliśmy z albergue o 6.10 w całkowitych ciemnościach, zamglony świt zastał nas na przedmieściach Vigo. Szedł z nami znany Wam już John z Australii, z którym od tej pory będziemy się bardziej trzymać.



Vigo to duże miasto i szczerze mówiąc niczego dobrego  nie spodziewałam się po tym odcinku, przekonana, że będzie nam towarzyszył smród spalin i uliczny hałas. I bardzo się myliłam! Stwierdziłam, że osobom wytyczającym trasę Camino należą się mocne słowa uznania! Szliśmy trawersem pobliskiego wzgórza, alejkami  pięknego, dzikiego parku, mijając co najwyżej domki jednorodzinne.
A Vigo pięknie prezentowało się z naszej perspektywy, wynurzając się co rusz spośród drzew lub zabudowań.
















I tak idąc żwawo dotarliśmy do schroniska w Redondela (6 euro z jednorazową pościelą) we wczesnej porze obiadowej. Tłum rzeczywiście był spory, ale miejsca dla nas jeszcze wystarczyło. 
Ulokowaliśmy się na swoich miejscach, poszliśmy coś zjeść, potem była krótka przebieżka przez miasto, zimne piwo w nagrodę i tak zakończyliśmy ten stosunkowo spokojny dzień.




Więcej zdjęć - more pictures
c.d.n.