poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Cz.7 Portugalska Droga Św. Jakuba czyli Camino Portugués Litoral 6-27.06.2017



Z Redondela znów wyruszyliśmy ciemną nocą, czyli o 6.20 i to bez śniadania, co rzadko mi się w życiu zdarza. Więc jak tylko świat się trochę rozświetlił odłączyłam się od dziewczyn i Johna i przysiadłam w pobliżu pojnika, żeby coś zjeść - z mocnym postanowieniem, że nie dam się zwariować i nie będę tak się śpieszyć!

 




I tak sobie siedziałam, jadłam, piłam, słuchałam śpiewu ptaków... a po drodze człowiek za człowiekiem, grupka za grupką mijali mnie nieustająco z serdecznym "buen camino" na ustach.

I wiecie co? Jak minęła mnie piąta i dziesiąta osoba... i piętnasta i dwudziesta... to jeszcze było ok.
Ale przy czterdziestej zaczęłam tracić spokój i musiałam... po prostu musiałam ruszyć z nimi! Ci idący strumieniem ludzie, Bogu ducha winni, wywierali na mnie taką presję, że mój leniwy popas "nasączony" stresem przestał mi smakować. To był zdecydowanie tzw. plus ujemy już całej pozostałej drogi do Santiago. Na szczęście znalazłam radość w czym innym - o czym będzie później.


Ponieważ marsz był dynamiczny około 8.00 byliśmy już niemal w połowie drogi, w pięknie położonym Ponte Sampaio, skąpanym dodatkowo w różowym blasku porannego słońca. Bajka!









Ponieważ szybko zrobiło się bardzo gorąco, a słońce niemiłosiernie prażyło trzeba było się chronić przed poparzeniem. Straciłam już dawno cierpliwość do ochrony chemicznej, czyt. kremów z filtrem UV, które trzeba by aplikować sobie co godzinę, żeby dobrze spełniały swoją funkcję i postawiłam na ochronę mechaniczną ;) Na głowę założyłam kapelusik prosto z pól ryżowych osłaniający dokładnie twarz i szyję, a na ramiona skonstruowałam sobie "rękawy" z jedwabnego szala, które od spodu dawały spory przewiew.
Zestrojona byłam jak przebieraniec!  ;) Ale za to bezpieczna. :)



Droga wiła się głównie wśród pól, od czasu do czasu strudzeni wędrowcy przystawali w cieniu drzew i kapliczek na odsapkę i krótką pogawędkę i tak mijała trasa.
W ostatnim odcinku szliśmy brzegiem strumienia, od którego było czuć wyraźną ochłodę, a ptaki umilały drogę swoimi trelami.








O 12.30 już byliśmy przy drzwiach albergue z pokaźną grupą pielgrzymów - pół godziny przed jej otwarciem!



Czasu do wieczora było mnóstwo, na miejscu wyposażona kuchnia, aż się prosiło, żeby ugotować jakiś obiad. Ale jak się wędruje samemu to nie takie proste... Nie ma (nie znalazłam w sklepach) małych, jednoosobowych porcji ryżu, kaszy czy makaronu. 40-50 dkg najmniej. To za dużo, żeby zjeść na raz. A noszenie zapasów nie wchodziło w rachubę. Często zupełnie nic nie niosłam do jedzenia (jakiś batonik co najwyżej) wiedząc, że gdzieś po drodze będzie sklep. Wtedy kupowałam dokładnie tyle, ile chciałam zjeść, jadłam od razu, a niosłam tylko wodę.

Zaproponowałam więc swoim towarzyszom, że ugotuję coś i chętnie się z kimś podzielę. Ale Kasia i Magda nie były zainteresowane takim rozwiązaniem. Za to John jak najbardziej!  I już do końca, jeśli tylko w schronisku była kuchnia,a siadaliśmy razem do stołu bardzo zadowoleni z naszej spółki! Bo ja gotowałam, John sprzątał i mył naczynia, a koszty dzieliliśmy między siebie. Super! Szkoda tylko, że jedynie 3 razy nam się to udało.




Jeszcze przepierka w "pralce" znajdującej się na wyposażeniu każdej albergue (i bardzo często będąca na podwórkach prywatnych domków)...


...i czas było pójść na miasto, o którym słyszeliśmy, że jest piękne. Potwierdzam!
Pontevedrę trzeba zwiedzić będąc na Camino! Pomimo tego, że starówka jest 1,5 km od albergue. Spójrzcie.






Podczas tego zwiedzania Pontevedry dałam niezły popis... głupoty? nonszalancji?
Otóż chciałam zrobić zdjęcie telefonem, ale wyświetlił mi się komunikat "błąd aparatu". Nie pierwszy to raz i miałam przećwiczone, że zresetuję telefon i powinno być dobrze. Tak więc zrobiłam. Po resecie trzeba wpisać PIN. No i to zrobiłam... tyle, że tak mniej więcej, bo na oświetlonym słońcem wyświetlaczu słabo było cokolwiek widać, a do tego ja, w ten piękny, słoneczny dzień byłam w słonecznych okularach, w których z bliska mało co widzę. Więc PIN trzeba było powtórzyć i to zrobiłam... tyle, że tak mniej więcej! I żadna lampka mi się w głowie nie zaświeciła... i nic mnie nie zaniepokoiło! Niestety... Cyknęłam se tak mniej więcej trzeci raz.. i czwarty... i piąty... i dopiero kiedy za entym razem telefon się nie włączył, zmieniłam okulary i odczytałam komunikat - proszę podać PUK. Jaki PUK??! Ludzie święci! Skąd ja mam go tu wytrzasnąć?! Od 10 lat nigdy nie potrzebowałam PUKu.
Takim sposobem pozbawiłam się łączności ze światem i narobiłam kłopotu wielu osobom. Z użyciem telefonu Kasi powiadomiłam rodzinę w Polsce o swoim "wyczynie", a oni, kochani, stanęli na głowie i mi ten PUK "załatwili". Już następnego dnia wieczorem znów miałam telefon "na chodzie".
Od tej pory wpisywanie PINu traktuję niemal jak nabożeństwo! Chociaż tyle to dało, że nabrałam rozumu ;) :D
A potem to już tylko siusiu, paciorek i spać ;)

Kolejnego dnia znów uszczknęłam 10 minut i wyszłam z albergue o 6.30, ale przeszłam tylko kilkaset metrów przez uśpione miasto, bo przechodząc obok dworca zauważyłam otwarty bar, a w nim, jak się okazało, pół naszego schroniska piło właśnie kawę. Dołączyłam do nich ochoczo i ostatecznie wyruszyliśmy ok. 7.00.
Z ładnego, kamiennego mostu widzieliśmy różowy blask poranka, pięknie odbijający się w wodzie.





A potem szliśmy dynamicznie wśród pól i zagajników bocznymi drogami opanowanymi przez peregrinos, którzy  coraz mocniej odczuwali emocje wiązane ze zbliżającym się kresem ich wędrówki. Jak tylko pojawiał się po drodze jakiś bar lub sklep - pielgrzymi natychmiast zasiadali przy stolikach do ostatniego wolnego miejsca!










Do albergue w Caldas de Reis (6 euro) dochodzimy o 13.30, instalujemy się i gotuję makaron z pesto i żółtym serem, którym znów tylko John jest zainteresowany. Po obiedzie  wyruszamy w poszukiwaniu ciepłych źródeł, z których słynie to miasto. Niedaleko schroniska jest zrobiony uliczny basen, w którym pielgrzymi gromadnie i z wielką rozkoszą moczą strudzone stopy.



Podczas całej swojej pielgrzymki, niemal każdego dnia zdawałam relację na fejsie, gdzie jestem i co się mniej więcej wydarzyło. Dzięki temu otrzymałam od czytelników wiele cennych rad i wskazówek, które wielokrotnie wykorzystywałam. Tak właśnie było między innymi tym razem!
Jeden z internautów napisał, że w tej miejscowości bardzo warto pójść w górę niewielkiej rzeczki, a  po ok. 2-3 km zobaczymy piękne wodospady. Powiedziałam o tym Magdzie, Kasi i Johnowi i oni też się tam ze mną wybrali.
Szliśmy piękną ścieżką wzdłuż rzeczki i wypatrywaliśmy atrakcji, zupełnie nie wiedząc, czego się mamy spodziewać. 






Gdy doszliśmy do miejsca ze zdjęć powyżej Kasia i Magda stwierdziły, że to na pewno to i postanowiły zawrócić. 
John i ja zdecydowaliśmy się iść dalej wierząc, że to jeszcze nie koniec atrakcji, a miejsca ciekawe przyrodniczo są dla mnie najważniejsze i gotowa jestem na dalszą wędrówkę, żeby tylko nie przeoczyć czegoś fajnego.. Przy okazji dowiedziałam się, że John jest pracownikiem parku narodowego w Australii, pracuje głównie w terenie, wędrując po górach, lasach i pustyniach, często ze spaniem w namiocie - czyli zainteresowania mamy podobne.
Wkrótce dotarliśmy w miejsce rzeczywiście urocze i choć sam wodospad nie był raczej spektakularny to ukształtowanie terenu, wielkie skały i bujna zieleń otoczenia zachwycały.






Potem znów pomoczyliśmy nogi, tym razem w chłodnej wodzie strumienia i wróciliśmy do albergue.
Reszta zdjęć z tego odcinka PICTURES

c.d.n.