czwartek, 19 kwietnia 2018

Cz.5 Portugalska Droga Św. Jakuba czyli Camino Portugués Litoral 6-27.06.2017







W końcu nieubłaganie nastał czas pożegnania Portugalii. Polubiłam tej kraj bardzo! Ja tu jeszcze wrócę! - postanowiłam.

Tymczasem z Kasią i Magdą udałyśmy się na przystań, skąd odpływał prom kursujący z portugalskiego Caminha do hiszpańskiego A Pasaxe przez graniczną rzekę Miño (1 euro).

Wsiadając na prom o 9.00 rozpoczęłam hiszpańską część mojej Drogi.

Pięć minut rejsu i już gracias zamiast obrigado (dziękuję).






Z portowego A Pasaxe muszle prowadzą do miasteczka A Guarda prostą 3-kilometrową drogą. My jednak nie chciałyśmy opuścić wybrzeża, obeszłyśmy więc Monte Santa Trega (czyli Wzgórze Św. Tekli) dookoła, fundując sobie 5 dodatkowych kilometrów.

Ani przez chwilę tego nie żałowałyśmy, bo droga była piękna. Żałuję jedynie bardzo, że nie wiedziałam o Wzgórzu Św. Tekli tego, co wiem teraz - że są tam pozostałości po celtyckiej osadzie sprzed kilku wieków p.n.e.! W necie wyglądają niezwykle interesująco. Byłam tak blisko, miałam czas, a nie weszłam na szczyt :(

Bardzo polecam to miejsce tym, którzy to czytają przygotowując się do swojej Drogi.

















Czytałyśmy w opisach Drogi Litoral zachwyty innych osób nad albergue w A Guarda i żałowałyśmy, że nam nocleg w tym miejscu nie pasuje, bo tego dnia zamierzamy nocować w Mougás, czyli 18 km dalej. Ale gdy po przejściu miasteczka doszłyśmy do ślicznej zatoczki z plażą stwierdziłam, że przecież nic mnie nie goni. Czegóż mam rezygnować z żalem, skoro mogę tu po prostu zostać. I wykąpać się w tej maleńkiej zatoczce. I poświętować dłużej swoje imieniny, które miałam akurat tego dnia.

Kasia i Magda postanowiły zrobić to samo, szczególnie, że Magdy odparzone, poranione stopy błagały o litość.

Zaczęłam od plażowania i kąpieli w zimnym jak diabli Atlantyku.

















Potem przez zaułki miasteczka poszłyśmy do albergue.

Okazało się, że hospitaliero (gospodarz) to Antonio - bardzo miły Hiszpan uwielbiający Polskę i Polaków. Znał nawet język polski na poziomie umożliwiającym prostą konwersację! I to był jedyny, znany mu język obcy, nie mówił nawet po angielsku.

To zamiłowanie do naszego kraju nie jest przypadkowe - kilka lat wcześniej zakochał się w pewnej warszawiance i odtąd życie dzielą na jego pobyty w Polsce i jej w Hiszpanii.

Po pozostawieniu bagaży poszłyśmy na obiad do ładnej knajpki, reklamującej się również zestawami obiadowymi dla peregrinos za 8 euro. Skusiłyśmy się.

Spójrzcie, jaki porządny, sycący posiłek przygotowano dla strudzonych wędrowców - naparstek zupy i siedem szprotek!








Po obiedzie odwiedziłam pobliski kościółek (było Boże Ciało), w którym było jedynie 6 staruszek i 2 staruszków, a mszę odprawiał proboszcz z ... Filipin!










Wieczorkiem w jadalni chwilę poimprezowałam z grupą cudzoziemców oraz Kasią, Magdą i Antoniem, od którego dostałam uplecioną przez niego bransoletkę ze znakami Camino.




A na koniec tego leniwego dnia wybrałam się podziwiać zachód słońca na nadmorską plażę, gdzie dołączyli do mnie po pewnym czasie Kasia i Magda oraz Joost z Holandii.
















Poranek wstał cudny! Po śniadaniu poszłam jeszcze zwiedzić ruiny zamku (ponoć) A Guarda, z których roztaczał się piękny widok.











A potem poszłam w dalszą drogę (dziewczyny wyszły wcześniej).

Szłam ścieżką na wybrzeżu, pełną ciernistych chaszczy, które sprawiały, że wątpiłam, czy dobrze idę...












Szłam długi i nudny odcinek chodnikiem wzdłuż asfaltu...




Szłam pięknym lasem eukaliptusowym cudnie pachnącym. Dla wzmocnienia efektu rozgniatałam sobie liście w dłoniach.




Szłam polnymi drogami i ścieżkami przez wsie i osiedla śmiesznych domków z morskimi akcentami,




















Po drodze miałam dwie przygody, o których wam opowiem.


Szłam już wiele kilometrów i nigdzie nie widziałam miejsca, gdzie mogłabym się napić kawy. Pytałam nawet ludzi, czy nie ma jakiegoś takiego miejsca w pobliżu, ale nie było.

Gdy więc nastał czas przerwy na posiłek rozłożyłam obóz w niewielkim zagajniku między wioskami i wyjęłam "sprzęt kuchenny", czyli kartusz i palnik i zaparzyłam sobie kawy zbożowej - jedyne, co miałam ze sobą do picia. Miejsce okazało się atrakcyjne na przerwę nie tylko dla mnie, bo i inni zatrzymywali się w okolicy na odpoczynek. Najbliżej mnie usiadła para młodych ludzi. Dolatywały do mnie ich słowa i wydawało mi się, że mówią po polsku, ale dystans był spory i wciąż nie miałam pewności, czy to rodacy.

Gdy ruszałam w dalszą drogę oni też zaczęli się zbierać i po chwili mnie dogonili. Tym razem wiedziałam, że to nie nasi, ale byłam blisko - to Słowacy. Idąc tak razem przez chwilę ucięliśmy sobie pogawędkę. Rozmawialiśmy m. in. o fajnych bambusowych kijkach, które oni mieli.

Powiedziałam, że też zrobiłam sobie wcześniej kijki z bambusa i je polubiłam (choć były dużo gorsze - cienkie, nierówne i z ostrymi końcami), ale, niestety, wkrótce je zgubiłam na jakimś postoju.
Jeszcze parę zdań i młodzi Słowacy poszli znacznie szybciej niż ja i po chwili zniknęli mi z oczu.

Wieczorem dotarłam do Mougás i zeszłam ze znakowanego szlaku w poszukiwaniu sklepu spożywczego. Gdy jakiś znalazłam okazało się, że w środku była dawno mijająca mnie para Słowaków.
Ucieszyli się na mój widok, bo nieśli zrobione specjalnie dla mnie kijki bambusowe i bali się, że się gdzieś miniemy, bo przecież zeszli ze szlaku! Kijki były duuużo lepsze niż te moje wcześniejsze.
No wzruszyłam się... Aż mi mowę odebrało...
Myślałam, że za chwilę spotkamy się na wspólnym noclegu w jedynej tutaj, pobliskiej alberdze. Może ich chociaż kolacją poczęstuję.
Ale oni gdzieś zniknęli, rozmyli się... (może mieli namiot?) i choć ich wypatrywałam całą dalszą drogę, aż do Finisterre - więcej ich nie widziałam.
Jakby pojawili się dokładnie po to, żebym miała te kijki!
Nie chcę tu epatować jakimiś wzniosłymi tekstami, ale prawda, że jest w tym trochę magii?
Najpierw pojawili się znikąd i przysiedli koło mnie, żebym im o tych kijkach powiedziała. Potem zboczyli ze szlaku, żeby znaleźć się w tym samym sklepie co ja, dali kijki i... zniknęli! Anioły! ;)







Druga historyjka nie jest magiczna tylko zabawna!


Otóż idąc w okolicy Oia poczułam się zmęczona i na widok przydrożnej kaplicy postanowiłam przysiąść w jej cieniu i odpocząć chwilkę. Nawet nie zdjęłam plecaka tylko oparłam się o niego. Nie wiadomo kiedy, w okamgnieniu, usnęłam.

Obudziłam się po chwili, otworzyłam oczy i zobaczyłam rowerzystę, który przystanął opodal i trzaskał mi zdjęcia swoją lustrzanką jak jakiś paparazzi! Poruszyłam się odruchowo, a on gestem ręki poprosił mnie, bym dała mu jeszcze chwilkę komentując słowami - "Idealny obrazek! Idealny! Strudzony pielgrzym przysiada na drzemkę w cieniu przydrożnej kaplicy, przed dalszą wędrówką! Idealny obrazek!"

Trudno było nie zgodzić się z nim więc podałam mu swój aparat prosząc, żeby i dla mnie tę chwilę utrwalił!




A potem poszłam dalej, mijając klasztor w Oia i po spotkaniu ze Słowakami dotarłam do albergue.




Wieczór był cudny więc pielgrzymi zasiedli w knajpce po sąsiedzku gdzie serwowano m. in. wielki pyszny omlet, który zdecydowanie polecam!.

Przy okazji podziwialiśmy okolicę.














Najedzeni poszliśmy jeszcze na zachód słońca na plażę, gdzie powstała seria zdjęć z naszych wygłupów :)







































O lekko zamglonym poranku wyruszyliśmy na następną część Drogi - do Ramallosa.




























Okazało się, że Magda musi wrócić do albergue po coś ważnego więc my z Kasią wykorzystałyśmy ten czas na przygotowanie kawy zbożowej, która w tych okolicznościach smakowała wybornie!

Szczególnie, że miałyśmy miłego gościa ;)

















A potem poszłyśmy dalej trzymając się w pobliżu aż doszłyśmy do miejscowości Baiona z malowniczymi pozostałościami twierdzy i repliką karaweli Pinta z wyprawy Kolumba.

To do Baiony jako pierwszego miejsca dotarła wieść o odkryciu nowego lądu przez Kolumba, gdy Pinta pod dowództwem Martína Alonso Pinzóna powróciła z wyprawy.


Podziwiając urodę wzgórza z murami obronnymi delektowałyśmy się zimnym piwem i miejscowymi tapas (przekąski).


































Po posiłku i odpoczynku dziewczyny postanowiły iść dalej, ja natomiast wybrałam się na mury obronne niegdysiejszej twierdzy, a potem poszwendałam się po mieście, odwiedzając też najważniejszy zabytek Baiony - kolegiatę Santa Maria. W kościele obok niej ludzie czynili przygotowania do procesji w oktawie Bożego Ciała.


































W końcu ruszyłam wzdłuż plaży na ostatni odcinek tego dnia i już bez postoju doszłam do albergue w Ramallosa.
































Wieczór spędziłam ze znanymi Wam Polkami oraz Johnem z Australii, Joostem z Holandii i Andreasem z Niemiec. Najpierw poszliśmy do maleńkiej nadmorskiej kapliczki, gdzie była msza, a ksiądz używał tak prostych naczyń liturgicznych, że aż mi się to rzuciło na oczy. Na koniec było jeszcze kilka toastów miejscowym winem i tak czas było na zasłużony odpoczynek.


















Zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć w mojej galerii internetowej , zachęcam do pozostawienia swojego śladu w komentarzu oraz do kliknięcia "Obserwuj" na moim blogu.

Dla lubiących czytać moje relacje to może się okazać szczególnie istotne ze względu na to, że Facebook tak obcina zasięgi postów na fanpage'u, że do wielu osób informacja o nowym wpisie nie dotrze.

PHOTOS
c.d.n.