wtorek, 29 maja 2018

Rumunia po babsku 2017 cz.2

Druga część moich rumuńskich opowieści to przede wszystkim wspomnienia naszych górskich wycieczek.
Pierwsza z nich w góry Maramureszu, Marmaroszu czy w Karpaty Marmaroskie - wszystkie te nazwy (inne też) są stosowane do określenia tych gór. Kolejna w Góry Rodniańskie.





Słyszałyśmy, że Maramuresz (tę nazwę najbardziej lubię) to góry w charakterze naszych Bieszczadów, czyli gór, które uwielbiamy.
Decydujemy się na szlak w kierunku granicy z Ukrainą, który sobie jeszcze w domu upatrzyłyśmy, bo z opisów internetowych wynikało, że jest bardzo widokowy.
Najgorsze, że znów trzeba było jechać na Przełęcz Prislop tą koszmarną drogą w remoncie, 30 km cały czas na dwójce!

Gdy dojechałyśmy  weszłyśmy sobie jeszcze do schroniska Cabana Alpina, które się tu mieści (zdjęcia brak :( ), a w małej budce obok kupiłyśmy sobie od bardzo miłej pani jeszcze ciepłe placinte traditionale - pyszności!!! Żałowałyśmy, że nie zjadłyśmy od razu, wiedziałybyśmy, że trzeba kupić po dwie!
To takie smażone "drożdżówki" z pikantnym serowym nadzieniem (przynajmniej te nasze).






W końcu ruszyłyśmy na szlak znaczony czerwonymi kreskami i niebieskimi trójkątami. Zaskoczył nas bardzo zimny i porywisty wiatr, bo na dole było bezwietrznie i cieplutko. Na szczęście byłyśmy przygotowane - wszak to góry, wiadomo! Pogoda była bardzo zmienna, czasem szłyśmy w pełnym słońcu, a czasem otulone szczelnie chmurami.
Nie miałyśmy żadnego planu, jak daleko chcemy dojść. Poddawałyśmy się chwili i urodzie szlaku. Założyłyśmy jedynie, że skoro wracać mamy tą samą drogą to oszacujemy, od której godziny powinnyśmy rozpocząć powrót.
Już na samym początku dołączył się do nas pies i towarzyszył nam aż do powrotu na Przełęcz Prislop.





















Szłyśmy już ok. 3 godz. szlakiem naprawdę przepięknym, bo odsłoniętym po horyzont! Uwielbiam takie! Był też stosunkowo łatwy - szeroka wygodna droga, łagodne podejścia - deptak górski po prostu :) I ani żywego ducha na szlaku!!!
Rumuni mają tyle atrakcyjnych gór, że taki północny graniczny skrawek ściąga chyba tylko szczególnych koneserów takich klimatów. A może i ta koszmarna droga miała na to wpływ?

W każdym razie po tych trzech godzinach patrzymy, a naprzeciwko nas idzie dwóch turystów-plecakowców! Jednak!
Oczywiście zagadujemy, a jakże i co się okazuje? Polacy!!! Dwóch wielbicieli tych gór wędrowało po nich od trzech czy czterech dni, przemierzając je od zachodu na południowy wschód. Od tych kilku dni po raz pierwszy mieli dojść do jakiejś cywilizacji, czyli do schroniska Alpina na przełęczy Prislop.





Po pogawędce wszyscy poszliśmy w swoje strony. My doszłyśmy do malowniczych skałek i drewnianego krzyża (zdjęć brak :( ), a w pobliżu, na zwalonych pniach zrobiłyśmy sobie piknik w towarzystwie stada owiec i pilnujących ich psów. I z cudnymi widokami!







Gdy tak sobie siedziałyśmy przyszedł do nas pasterz tych owiec na pogawędkę. Chyba bardzo był spragniony kontaktu z ludźmi na tym pustkowiu, bo bardzo chciał z nami pogadać, ale bariera językowa była nie do pokonania. Mimo wszystko zdołałyśmy zrozumieć, że jest Włochem! i przyjechał tu do pracy, bo we Włoszech już pasterzy prawie nie potrzebują.



Urządziliśmy sobie sesję zdjęciową upamiętniającą to spotkanie, a tymczasem owce wykorzystały nieuwagę opiekuna i poszłyyyy w długą! Widać na zdjęciach jak pędzą - więc nasz Perdo ruszył za nimi w te pędy! I tyle go widziałyśmy :)






A że bardzo zmarzłyśmy postanowiłyśmy już wracać.










Po powrocie tą straszną drogą do cywilizacji stwierdziłyśmy, że choć wycieczka była bardzo lajtowa, to jednak zasłużyłyśmy na porządną mamałygę :) A niektóre to sobie jeszcze bardziej dogadzały ;) :D







Druga wycieczka była już nieporównywalnie ambitniejsza!
Tym razem postanowiłyśmy spenetrować inne pasmo górskie - Góry Rodniańskie (Munţii Rodnei)! I zaczęłyśmy od wysokiego C, czyli najwyższego szczytu tego pasma - Pietrosul Rodnei (2303 m n.p.m.)
Najwyższy punkt, do którego można dojechać to parking przy kościele w Borșa na wysokości ok. 1150 metrów. Czyli czekało nas ponad 1100 metrów przewyższenia!
Wyjechałyśmy wcześnie, na szczęście drogą remontowaną jechałyśmy niewiele, a pogoda zapowiadała się miód-malina! Pietrosul to ten po prawej na poniższych zdjęciach.





Ruszyłyśmy i rozpoczęłyśmy mozolne zdobywanie wysokości...







W końcu doszłyśmy do pięknej dolinki, w której znajdowała się stacja meteorologiczna. A my poszyłyśmy jeszcze trochę dalej i nad jeziorkiem urządziłyśmy sobie cudny piknik.
Najważniejszym punktem tego piknikowego programu było świeżo zaparzone espresso w specjalnie w tym celu przyniesionym sprzęcie! :)
Uwielbiamy celebrować takie chwile!













I moje poświęcenie, żeby wykonać poniższą fotkę ;) :D





Jak już się posiliłyśmy i pobyczyłyśmy do syta czas było ruszyć na "ostatnią prostą", która była pięknie, malowniczo kręta :)
















Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu na wysokości ponad 2000 m spotkałyśmy śpiącego smacznie czarnego kota! Dobrze, że spał i nam drogi nie przebiegał! ha ha



Kot spał, a my nadal wyciskałyśmy z siebie siódme, a nawet ósme poty w drodze na szczyt!... z chwilami leżakowania :D












W końcu jest! jest! jest! 
Szczytujemy!!!








Radość jest wielka, widoki piękne, choć pogoda się troszkę zepsuła, ale niestety - czas wracać...









Tym razem nagrodą ("wypłaconą" następnego dnia) są sarmale - polecane do degustacji tutejsze danie. 
Niby to nasze minigołąbki, ale ja - ich wielbicielka (w sensie... na pytanie, co najbardziej lubisz do jedzenia od dziecka do teraz mówię szczerze - gołąbki!), ale i dziewczyny, byłyśmy nico zawiedzione - ten dodatek kiełbasy (nie tylko na zewnątrz) wszystko zepsuł. 
A może my oczekiwałyśmy za wiele? A może to nie to miejsce? Dam im szansę jeszcze raz - kiedyś!
No i luksusowa wersja placinte na słodko.





Po tej wycieczce postanowiłyśmy zacząć powrót do domu. Czułyśmy górsko-maramurski niedosyt, ale i ja i dziewczyny miałyśmy serdecznie dość tej drogi, po której za każdym razem trzeba było jechać, żeby dostać się do początku zaplanowanych przez nas szlaków!
Postanowiłyśmy rozpocząć powolny powrót z ponowną wizytą w Sapancie, żeby zobaczyć słynne stroje ludowe ludzi idących w niedzielę do/z kościoła  w tym rejonie.
A wieczorem dotrzeć w Bieszczady i tam zakończyć górsko nasze króciutkie wakacje.

Oto piękna, malownicza Rumunia! 
Ta pierwsza para to nowożeńcy, pozostali to po  prostu niedzielni, wystrojeni tubylcy! 
Prze-pięk-ni!!!








Jeszcze Wesoły Cmentarz w pogodny dzień...




oraz pola słoneczników na Węgrzech  i "wyprażeny syr" na Słowacji.




Tak więc opuściłyśmy Rumunię nico przedwcześnie, ale wakacje jeszcze trwały. Dojechałyśmy do Smerka w Bieszczadach już po zmroku, a o poranku ruszyłyśmy na Rawki przez Dział.
Ale o tym napiszę wkrótce w krótkim suplemencie. Zapraszam. 
C.d.n.
A tu są wszystkie zdjęcia z Rumunii.