wtorek, 8 maja 2018

Cz.8 Portugalska Droga Św. Jakuba czyli Camino Portugués Litoral 6-27.06.2017



Wyruszyliśmy wczesnym, mało fotogenicznym, mglisto-dżdżystym porankiem, a przez chwilę nawet lekko deszczowym - nadałam więc sensu dźwiganiu peleryny i przez 15 minut wędrowałam w niej.













Okoliczni mieszkańcy generalnie są bardzo pozytywnie nastawieni do pielgrzymów, pozdrawiają ich słowami "buen camino" i zdarza się, że zostawiają dla nich przy drodze jakieś dary, najczęściej owoce lub coś do picia.
Te śliwki były pyszne!



Na tych ostatnich etapach towarzyszyły mi już zupełnie inne emocje niż na początku mojej Drogi.
Miejsce zachwytu wybrzeżem, sympatii, jaką wzbudzały prowincjonalne portugalskie miasteczka i ich mieszkańcy oraz dojmującego poczucia wolności i radości zajęły emocje wynikające ze spotkań i pogawędek z innymi pielgrzymami i jakieś poczucie jedności z nimi. Stanowiliśmy takie ludzkie fale, różnymi strumieniami podążające do wspólnego celu...
W tych dniach czy to podniosłam wzrok czy odwróciłam głowę, zawsze zobaczyłam innych pielgrzymów idących miarowym krokiem, odpoczywających przy drodze lub ucinających sobie pogawędkę. I niezmiennie padały dwa podstawowe pytania - podwalina ewentualnej dalszej rozmowy: "skąd jesteś?", "skąd idziesz?
Później wymieniało się  kilka  zdań albo następowała całkiem długa, czasem nawet bardzo osobista rozmowa.
A wszyscy otwarci, uśmiechnięci, życzliwi. To na pewno wielki atut tej Drogi.


















Wiele z tych osób - i rozmów z nimi - pamiętam doskonale, a pewna młoda dziewczyna - Teresa z Czech, żeby zachować w pamięci wszystkich, których los postawił na jej Drodze, prowadziła swoisty "katalog pielgrzymów" utrwalając nie tylko informacje, ale i wizerunek tych osób. Oto ja!




Tak to rozmawiając to z tym to z tamtym pielgrzymem "niepostrzeżenie" dotarliśmy do Padron i przepiękną aleją starych drzew poszliśmy do albergue (6 €).
(od internauty dostałam informację, że fajniejszy jest nocleg w Herbon - w odległości 2, 3 km, ale już po zameldowaniu się w Padron więc tylko przekazuję tym, którzy są zainteresowani) 





Zgodnie z tradycją ostatnich dni ugotowałam obiad - tym razem było to leczo. Zjedliśmy je z Johnem, a po posiłku wraz z kilkoma innymi osobami poszliśmy zobaczyć okolicę.






Najważniejsze, co trzeba było zobaczyć, to nadbrzeżny słup, do którego - wg legendy - zacumowała łódź, którą przypłynęło ciało Św. Jakuba Apostoła. Replika tego słupa stoi w pobliskim kościele Św. Jakuba.








Poszliśmy też na pobliskie wzgórze i spojrzeliśmy na okolicę z góry.









Wieczorem natomiast, przeżywając, że to już ostatni nasz wspólny nocleg, bo w Santiago każdy pójdzie w swoją stronę, zrobiliśmy sobie małą, wielonarodową imprezkę. Oprócz trzech Polek było dwóch Niemców, Czeszka, Włoszka, Szwedka i Australijczyk.
Było bardzo wesoło!



I nadszedł ostatni etap mojej wędrówki. Tego dnia mieliśmy osiągnąć cel, czyli dojść do katedry w Santiago de Compostela. Droga mięła szybko, najpierw był mglisty poranek, potem się ładnie wypogodziło i wczesnym popołudniem zobaczyliśmy katedrę. Najpierw z oddali, pokierowani przez uprzejmego Hiszpana w odpowiednie miejsce, a potem z placu katedralnego, na którym urządziliśmy sobie ostatnią wspólną sesję zdjęciową.
Nasze wygłupy, figury i wyskoki to ujście emocji jakie towarzyszyły nam w tej, z jednej strony radosnej i wyczekiwanej, ale z drugiej trochę smutnej chwili, gdy cel został osiągnięty...

Niestety, w ostatnich latach (a także w kilku następnych) katedra nie jest zbyt fotogeniczna w swej remontowej szacie.











Potem czym prędzej poszliśmy w boczną uliczkę, gdzie jest punkt wydawania świadectwa, certyfikatu  odbycia Drogi Św. Jakuba czyli tzw. Composteli. 
Otrzymują ją ci pielgrzymi, którzy dojdą do Santiago z odległości co najmniej 100 km albo dojadą na rowerze lub koniu 200 km. 
Każdego dnia do Santiago w letnich miesiącach dociera setki lub tysiące pielgrzymów, co oznacza, że tyle "kompostelek" trzeba wypisać. 
Zostawia się więc swoje paszporty pielgrzyma i wraca po nie po kilku godzinach, gdy Compostela jest gotowa.
W oczekiwaniu na ten sentymentalny dokument poszłam zwiedzać katedrę i jej okolice. 





Widać, że katedra pilnie tego remontu potrzebowała!









W końcu mam! Mam swoją Compostelę!

Rozstaję się też z moimi towarzyszami ostatnich etapów - Kasią, Magdą i Johnem. Kasia i Magda zostają w Santiago na nocleg, ja mam inne plany. John także idzie w swoją stronę.
Jeszcze ważna uroczystość - msza św. w katedrze. Bardzo liczę na największą jej atrakcję czyli użycie podczas nabożeństwa największej na świecie kadzielnicy (trybularza) nazywanego Botafumeiro. Ma 160 cm "wzrostu", do jego rozkołysania potrzeba 8 rosłych mężczyzn, a rozhuśtane Botafumeiro osiąga prędkość 60km/h!!! 
Niestety, normalnie jest ono w użyciu tylko raz w tygodniu, chyba, że znajdą się sponsorzy i zwrócą koszty tej atrakcji. 
Na szczęście okazało się, że jest kilka dużych grup, które poświęcając niewielką ofiarę uzbierały potrzebną kwotę i mogłam zobaczyć Botafumeiro w akcji. Naprawdę robi wrażenie!  Szczególnie, że jego użycie zawsze połączone jest z piękną pieśnią wypełniającą świątynię. Posłuchajcie i popatrzcie na króciutkie nagranie.





 

Po wszystkich formalnościach i przyjemnościach w moich planach było dotarcie na nocleg do Monte do Gozo, czyli polskiej albergue znajdującej się ok. 5 km od centrum Santiago. Było już późno, dowiedziałam się więc, że jedzie tam autobus linii "6" (1 €), znalazłam  odpowiedni przystanek i pojechałam. Na miejscu byłam chwilę przed 22.00, właśnie gdy zachodziło słońce i świat spowity był cudnym, złotym światłem. Czym prędzej pobiegłam więc na znane mi z opowieści moich dzieci wzgórze z pomnikiem pielgrzymów. To właśnie z tego miejsca wszyscy podążający do Santiago od zachodniej strony (90%) mogą pierwszy raz zobaczyć cel swojej drogi!






I tak zakończył się ten pełen emocji dzień! Zakończyła się też moja wędrówka.
Ale to jeszcze nie koniec mojej portugalsko-hiszpańskiej przygody. Dlatego zapraszam na kolejny, ostatni już odcinek mojej opowieści.

A tu jeszcze sporo innych zdjęć, które nie zmieściły się w relacji PICTURES

c.d.n.