poniedziałek, 28 maja 2018

Rumunia po babsku 2017 cz.1

Pamiętacie moją karawaningową podróż z koleżankami do Norwegii?
"Wszyscy" się wtedy łapali za głowę. Tyle kobitek na 8 m2 przez sześć tygodni?  Jak to się skończy??!! - pytali... - czy Wy się jeszcze kiedyś do siebie odezwiecie? Po tych wszystkich awanturach, które Was niechybnie czekają?



No i jak się to skończyło?.. - ciągłą tęsknotą za powtórką takiej przygody! Dziewczyny pokochały karawaning tak jak ja, bo nic nie daje podobnego poczucia wolności, połączonego z odrobiną komfortu i bezpieczeństwa (w porównaniu z namiotem) jak podróżowanie z przyczepą! A poczucie humoru i pogodne usposobienie każdej z nas rozładowywało wszystkie bardziej stresujące sytuacje w mig!
Ale znalezienie wspólnego wolnego czasu pozbawionego obowiązków rodzinnych i służbowych, bez problemów finansowych, zdrowotnych i innych dla tylu osób to nie lada wyzwanie.
Jednak, kto chce - szuka sposobu, więc po dwóch latach od norweskiej eskapady udało nam się znów razem wyruszyć po przygodę! I to już tydzień po moim powrocie z Camino de Santiago.



Pierwotnie w planie była Bułgaria na 3 tygodnie i moje upragnione Piramidy Melnickie, które zobaczyłam podczas podróży w 2011, jeszcze z mężem. Od tamtej pory marzę, żeby tam wrócić i poszwendać się po okolicznych szlakach.


https://photos.app.goo.gl/LdWFdHRmQue1fpUw1

Jednak obowiązki rodzinne pozwoliły ostatecznie tylko na tydzień opuścić dom więc trzeba było spełnić sobie inne marzenie - całe szczęście mam ich w zanadrzu pod dostatkiem, było w czym wybierać! A Piramidy muszą jeszcze poczekać.

Wybrałyśmy północ Rumunii z trzema głównymi celami - Wesoły Cmentarz,  góry Maramuresz i Rodniańskie oraz Bukowina ze swoimi malowanymi kościołami i polskimi wioskami.

W sobotę dziewczyny zjeżdżały się do mnie z Łodzi, Żywca i Chorzowa o różnych porach. Najpierw pojechałyśmy posprzątać i ogarnąć przyczepę po 2 latach nieużywania. Potem powrót do domu po te wszystkie niezbędne bambetle i chwila wahania... Jedziemy dziś, pomimo, że zastał nas wieczór czy czekamy do jutra i startujemy o poranku?... hmmm
Decyzja zapada błyskawicznie - ahoj przygodo! Nie będziemy czasu tracić.







Dojechałyśmy przed nocą w okolice Barwinka i tam postanowiłyśmy spać :)

Rano zjadłyśmy wypasione śniadanie i ruszyłyśmy w dalszą drogę licząc, że uda nam się dojechać w okolice  Sapanty - wioski, w której jest Wesoły Cmentarz.




Podróż przebiegała miło i wesoło, ale po drodze miałyśmy dwa szczególne incydenty.

Jeden z nich to nasze pierwsze w życiu spotkanie z borsukiem w naturalnych warunkach. Niestety, smutne to było spotkanie, bo borsuk nie przeżył prawdopodobnie jakiegoś zderzenia z pojazdem... :(



Drugi był  pełen stresu. Gdzieś już niedaleko rumuńskiej granicy zatrzymali mnie do kontroli policjanci. Poprosili o dokumenty auta,  przyczepy i moje. Uśmiechnięta, bez "grzechów na sumieniu", sięgnęłam po torebkę, wyciągnęłam co trzeba. A tam niespodzianka! Nie ma mojego prawa jazdy! Nieeee, to niemożliwe, zawsze jest w tym etui... szukam, grzebię, policjanci stoją nade mną i przeglądają to, co dostali. A ja nagle wszystko sobie przypominam! Gdy miesiąc wcześniej leciałam do Portugalii, żeby przejść Drogę Św. Jakuba pomyślałam sobie - różne rzeczy mogą się człowiekowi przytrafić w podróży, zawsze lepiej mieć prawko ze sobą. Ale żeby zminimalizować ciężar (wszystko się liczy!) wyjęłam go z etui i wsunęłam do wewnętrznej kieszonki plecaka. Po powrocie do Polski tydzień jeździłam samochodem i ani mi przez myśl nie przeszło, że w torebce nie ma kompletu dokumentów!
Nawet przy przepakowywaniu dokumentów z codziennej torebki do tej używanej w podróży nic mnie nie tknęło - po prostu przełożyłam etui.

No to jednak mnie mają! Diabli nadali! I do tego cała podróż jeszcze przede mną - to ciągły strach będzie, że mnie znowu gdzieś drapną!
W międzyczasie policjanci proszą o otwarcie przyczepy, dopytują o szczegóły - wygląda, że zapomnieli o moim prawku? Albo może pogubili się w tych dokumentach? W każdym razie już mnie nie nękali o nie. A dziewczyny, żeby tym bardziej odwrócić uwagę zaczęły zagadywać i prosić panów o radę, gdzie tu można zjeść dobry węgierski gulasz przed granicą?
I udało się! Panowie oddali dokumenty, życzyli udanej podróży i pojechałyśmy.
A po pewnym czasie pełnym analiz w mojej głowie coś mnie tknęło! Halo, halo!! Przecież my się w góry wybieramy i ja mam plecak w bagażniku na wycieczki! Tam powinno być moje prawo jazdy!

Byłooooo!!!!!
Uff... jaka ulga! Co za radość! Więcej szczęścia niż rozumu! :D







Niestety nie udało nam się dojechać tam, gdzie chciałyśmy. Około 60 km  przed Sapantą, gdy niemal całkowicie zapadł zmrok, zarządziłam przerwę na nocleg. Zaczęła się fatalna, dziurawa nawierzchnia jezdni i bałam się, że w ciemności mogę nie zauważyć na czas jakiejś dziury i narobić nam kłopotu.

Rano już bez przeszkód dojechałyśmy do naszego celu.
Wesoły Cmentarz nie zawiódł!  Jest rzeczywiście niezwykły - pięknie zdobione, barwne i bogato ilustrowane nagrobki są jedyne w swoim rodzaju! Odnoszą się do życia lub okoliczności śmierci pochowanej osoby. Zaskoczyło mnie tylko, że cmentarz jest tak wciśnięty między zabudowania.
Na jednej z części cmentarza trwały prace remontowe i rzeczywiście widać dbałość o dobrą kondycję nagrobków. Nic dziwnego - z turystów odwiedzających cmentarz żyje teraz lokalna ludność.
Wszystko zaczęło się w  1935 roku, gdy miejscowy artysta Stan Ioan Pătraș po raz pierwszy wykonał "wesołe" epitafium. Spodobało się i zaczęto częściej takie zamawiać. Pomysłodawca już nie żyje, ale jego dzieło kontynuuje Dumitru Pop Tincu.









Utożsamiałam się z tą panią :)



Miejscowe panie chciały nam koniecznie sprzedać palinkę, ale się (na razie! ;) ) nie dałyśmy namówić. Udało im się to dopiero w drodze powrotnej do domu.





Z Sapanty pojechałyśmy do miejscowości Syhot Marmaroski poszukać miejsca na biwak, o którym czytałam gdzieś w internecie. Nie jestem pewna, czy trafiłyśmy we właściwe miejsce, ale tam, gdzie dojechałyśmy tak nam się spodobało, że zostałyśmy.
To był teren skansenu Maramurskie Muzeum Wsi (Muzeul Satului Maramureșean). Zapytałyśmy w kasie muzeum o możliwość noclegu i zostałyśmy skierowane na miejsce o współrzędnych 47°55'12.0"N 23°56'00.6"E oddalone od kas o ok. 0,5-1 km. Miał się tam ktoś do nas zgłosić w celu dokonania formalności i uiszczenia opłaty.
Spędziłyśmy tam dwie noce i nikt się nie pojawił. Miałyśmy więc darmową miejscówkę. Z tego powodu nie pamiętam, jaka to miała być opłata, wiem tylko, że naprawdę niewielka. Na miejscu była wiata (z gniazdkami) i wychodek. Ujęcia wody nie było. Miejscówka była urocza, szczerze polecam!










Odpięłyśmy przyczepę, rozgościłyśmy się na miejscu, a potem, nie tracąc czasu, pojechałyśmy na wycieczkę. Naszym celem były charakterystyczne dla tego rejonu drewniane cerkwie z wysokimi, strzelistymi wieżami. Wiele z nich jest wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tej okolicy poświęciłyśmy również kolejny dzień.

Zanim pokaże tę garstkę ich zdjęć - pewne wyjaśnienie... Po powrocie z Rumunii miałam trochę czasu i dość szybko przeselekcjonowałam zdjęcia (te z aparatu) i przygotowałam do publikacji - cały czas mając je wyłącznie na karcie pamięci. Dałabym sobie głowę uciąć, że je sobie, jak zawsze, skopiowałam (robię to od razu na dwa nośniki) zanim sformatuję kartę. Do tej pory jestem przekonana, że to zrobiłam!
Jednak, pomimo usilnych wielokrotnych poszukiwań w swoich zasobach - nigdzie ich nie znalazłam.
Nie wiem, czy bez refleksji zrobiłam coś inaczej i one są gdzieś przede mną ukryte, czy je skasowałam formatując kartę.  Boję się, że to drugie...
No ale cóż... dość tego płaczu! Trzeba z tym żyć ;)
Wykorzystuję więc w tej relacji tylko swoje zdjęcia z komórki (a nie wszędzie nią robiłam) z lekkim dodatkiem zdjęć moich koleżanek. A że pogoda nie zawsze była "fotogeniczna" to i wiele zdjęć kiepskich.














W tym regionie (ale też i w całej Rumunii) bramy domostw są drewniane i zazwyczaj pięknie zdobione. Przed jedną z takich bram siedziała starsza pani w śnieżnobiałej bluzce i zwijała równie śnieżnobiałą włóczkę. To był przepiękny obrazek! Potem przyszła do niej sąsiadka, a ja zapytałam panie, czy możemy im zrobić zdjęcia.Bardzo chętnie przystały, a na koniec razem je oglądałyśmy.













Po dwóch nocach spędzonych w Syhocie Marmaroskim przeniosłyśmy się do Vişeu de Sus na duży parking przy stacji jedynej ponoć w Europie spalinowej kolejki wąskotorowej Mocăniţa.  47°42'53.8"N 24°26'37.0"E
Miejsce bardzo godne polecenia, jeśli ma to być baza wypadowa na różne wycieczki. Do osiadłego wypoczynku nie jest tu klimatycznie ani spokojnie. Każdego ranka panuje tu ogromny ruch, gdy kolejka rusza w trasę zabierając turystów (często kilka składów) i podobnie jest, gdy kolejka wraca. Poza tym jest spokojnie. Są toalety, prysznice, niewielki bar w wagonie kolejowym. Są też pokoiki do wynajęcia zaaranżowane w przedziałach wagonów kolejowych.
My zapłaciłyśmy (chyba dobrze pamiętam, hmmm) 50 zł za noc, czyli na jedną 12,50 - bardzo przyzwoicie! Zdjęcia pryszniców i sanitariatów są w galerii








A tak wyglądał start kolejki (powrót podobnie).










Gdy któregoś poranka wybierałyśmy się akurat na wycieczkę na parking zajechało czterech Polaków podróżujących busem, którzy wybierali się na południe Rumunii i - jak się okazało - prowadzą bloga Podróże w Starej Furze.




Pogadaliśmy chwilę, wymieniliśmy doświadczenia i panowie pojechali kolejką, a my ruszyłyśmy penetrować okolicę. 
Nasze stroje (nasz żarcik ;) )  na tej wycieczce to skutek dawnej wspólnej wizyty w Decathlonie. Okazało się, że bez umawiania się każda z nas zabrała białą bluzkę, którą wtedy kupiłyśmy. Wanda w sklepie z nami nie była i na wycieczce czuła się trochę wyalienowana ;) - niepotrzebnie! Wszak doskonale utrzymała się w stylistyce, ha ha.
Okolica okazała się piękna - zobaczcie sami.











Na koniec tego dnia postanowiłyśmy pojechać na Przełęcz Prislop, bo słyszałyśmy o przecudnych widokach rozpościerających się z niej. Przy okazji chciałyśmy sprawdzić gdzie zaczynają się okoliczne szlaki, których przejście miałyśmy w planach na najbliższe dni, zanim pojedziemy na Bukowinę. Do przejechania miałyśmy 45 km.
Po pierwszych 15 km jazdy drogą kiepską, ale przyzwoitą wjechałyśmy w - jak się okazało - remontowany odcinek. I to jak remontowany?! Od podstaw! Częściowo usunięto starą nawierzchnię, częściowo nie. Czasem były odcinki płyt betonowych, czasem kilkaset metrów świeżego asfaltu. W każdym razie - dramat! I tak 30 km!!! Praktycznie cały czas na dwójce!







Od razu ustaliłyśmy, że nici w tym roku z Bukowiny. Jechać  tędy z przyczepą to dramat. Szkoda i samochodu i przyczepy. A naokoło jechać też nam się nie opłacało, bo to strasznie daleko.

Dojechałyśmy w końcu na tę przełęcz niemal o zachodzie słońca.
Widoki były rzeczywiście piękne, a spacerowi po okolicy akompaniowały piękne śpiewy dochodzące z tutejszego monastyru. Śpiewy trwały bardzo długo (na pewno dużo ponad godzinę), a my przysiadłyśmy na stopniach świątyni i wciąż zasłuchane przygotowałyśmy sobie kolację. Posłuchajcie.











Jeden dzień podczas tego wyjazdu  trafił nam się nieatrakcyjny pogodowo, lało jak z cebra, ulice błyskawicznie zamieniły się w potoki. Dostosowałyśmy więc nasze stroje do okoliczności, na nogi włożyłyśmy plastikowe klapki lub sandały i poszłyśmy sobie na miasto. 






W jednej z knajpek, gdzie łapałyśmy wifi trafiłyśmy na bardzo atrakcyjną ofertę, już nawet zaczęłyśmy zdejmować nasze śliczne bluzeczki, ale spłoszony barman zaczął się wykręcać, że to szef..., że dopiero wieczorem... - jednym słowem - kłamliwa oferta! Ciekawe, czy ta dla panów też? ha ha



(w przybliżeniu - panów bez koszulek nie obsługujemy, panie bez koszulek dostają drinki za darmo)


A wieczorem, przy akompaniamencie kropel dudniących o dach, uczciłyśmy kolejny dzień butelką lokalnego wina.


Tak z grubsza wyglądała spora część naszej rumuńskiej przygody. Taka bardziej zabytkowo-samochodowa. Na następną - tym razem górsko-pieszą - zapraszam wkrótce.

C.d.n.