niedziela, 14 stycznia 2018

Cz.2 Portugalska Droga Św. Jakuba czyli Camino Portugués Litoral 6-27.06.2017




 
Przyszedł czas wyruszenia na moje Camino, a ja wciąż nie mogłam się zdecydować, którą Drogą chcę pójść... osiołkowi w żłobie dano... Są trzy główne możliwości: Central, da Costa i Litoral. Od zawsze myślałam o pójściu wybrzeżem (Litoral), ale czytałam tyle pochlebnych opinii o Central, może jednak tą wybrać? hmmm. A może coś pośrodku nich - ponoć da Costa jest klimatyczna, a jak mi się nie spodoba to zawsze mogę skręcić w prawo do Centralnej albo w lewo na wybrzeże...
Wiedziałam na pewno tylko jedno - będę szła powoli, bez pośpiechu, bez stresu, rozkoszując się każdym krokiem i widokiem. Mam kilka dni zapasu, nigdzie nie muszę się śpieszyć.

Decyzję po raz enty odłożyłam na potem, a tymczasem umyłam głowę, poszłam do sklepu kupić coś na drogę, przysiadłam na kawę w ulicznym bistro. Czas jednak płynął nieubłaganie i musiałam opuścić hostel. 

Zarzucając plecak postanowiłam w końcu, że najważniejsze jest to, co serce dyktuje, a ono mi przecież on początku szepcze ...Litoral... Litoral...


Dzień 1. 

Minęło już południe, gdy wysiadałam z  błękitnej linii (A) metra na stacji Mercado, na północnym krańcu Porto. Choć do najbliższej znanej mi "albergi" (albergue to schronisko dla pielgrzymów) w Vila do Conde miałam kawał drogi nie byłam w stanie spiąć się, przyspieszyć, dziarsko wyruszyć. 
Najwyżej będę szukać jakiegoś pensjonatu - myślałam. Na pewno są tu takie - przecież to wybrzeże oceanu, na pewno przyjeżdżają tu letnicy!
Znów zapach kawy wciągnął mnie do wnętrza przytulnej kafejki, ale po niej wyruszyłam wreszcie w drogę. Przeszłam mostem przez rzekę Congosta do Abade i miejskimi zaułkami dotarłam do brzegu oceanu. 

I od razu wpadłam w zachwyt!






Usiadłam na brzegu, zdjęłam buty i mocząc nogi chłonęłam ocean wszystkimi zmysłami. Fale huczały i rozbijały się o kamienisty brzeg, a słońce migotało na ich grzbietach.

Sielanka!

Po tym czułym przywitaniu  rozpoczęłam swoją pielgrzymkę, a duszę przepełniało mi poczucie szczęścia, radości i niczym nieskrępowanej wolności!

Szłam betonowym chodnikiem otoczonym pięknie kwitnącymi roślinami, minęłam latarnię morską, jakieś zakłady najeżone dziesiątkami kominów i śliczny kościółek położony na nadmorskiej skarpie. Beton szczęśliwie został zastąpiony drewnianym pomostem, który ciągnął się, jak się potem okazało, całym niemal wybrzeżem aż do hiszpańskiej granicy.















Po drodze w krótkiej pogawędce z parą młodych pielgrzymów dowiedziałam się, że można zanocować na kempingu w miejscowości Lavra. Poszłam tam, ale okazało się, że najtańsza wersja to 16 euro, czyli bardzo drogo, jak na moje standardy ;) Całe szczęście, że zapytałam o jakąś tańszą możliwość, bo pani z recepcji powiedziała mi o alberge przy kościele w następnej miejscowości - Labruge. To był strzał w dziesiątkę - 8 miejsc noclegowych w jednej dużej sali, kuchnia, łazienka, pralnia, salonik i ... donativo (czyli "co łaska"). Trzeba było tylko odszukać pani, która opiekuje się tym miejscem, ale zanim doszłam w pobliże już mnie uprzejmy mieszkaniec wioski prowadził do niej (dom 100 m dalej). Tego dnia nocowało tam 6 osób. 

Byłam tak szczęśliwa i podekscytowana tym wszystkim, co mnie w ostatnich dniach spotykało od Boga, ludzi i przyrody, że pobiegłam do sklepu po vinho verde i zaprosiłam wszystkich pielgrzymów na lampkę (a właściwie szklankę) wina. Była para z Niemiec - Roswitha i Heinich (a właściwie Henryk, bo urodził się koło Katowic i wyjechał, gdy miał 6 lat), dwóch młodych Amerykanów - Nick i Benny oraz Gianluigi z Włoch. 
Przeszłam ok. 13 km.
Dwa zdjęcia z Labruge - główna ulica i śmietniki. Prawda, że bardzo eleganckie?! ;) :)



Dzień 2.

Rano wróciłam na wybrzeże, a radość mnie nie opuszczała :)



Po drodze minęłam medytującą grupę, kościółek, śliczną wioskę rybacką, a gdy piłam kawę z nadmorskiej kafejce minęła nas jakaś bardzo liczna wycieczka. Potem zrobiłam sobie posiłek z wykorzystaniem butli, którą podarowano mi w Porto.

















Po południu na przedmieściach Vila do Conde spotkałam Roswithę i Henryka i razem poszliśmy szukać albergi i zwiedzać to śliczne miasteczko.











Alberge znaleźliśmy (7,50 euro) bez trudu, ale i ja i oni stwierdziliśmy, że jest jeszcze za wcześnie na nocleg i - każdy w swoim tempie - poszliśmy dalej do Póvoa de Varzim, gdzie nocowaliśmy. 






W tym schronisku było kilka niewielkich pokoi (ja w czwórce spałam tylko z Hiszpanką) z piętrowymi łóżkami (za 5 euro ). A miasto to chyba ich popularne miejsce nadmorskiego wypoczynku, bo kilka kilometrów  nabrzeża usiane było budkami z hot-dogami, wypożyczalniami sprzętu, leżakami pod parasolami i tym podobną infrastrukturą. 
Przeszłam ok. 16 km.

C.d.n.

Wszystkie zdjęcia z tych dni.