niedziela, 21 stycznia 2018

Cz.4 Portugalska Droga Św. Jakuba czyli Camino Portugués Litoral 6-27.06.2017


Dzień 5.

Po wyjściu z albergue większość pielgrzymów zakotwiczyła w znajdującej się po sąsiedzku kafejce. Mój poranek dzieliłam najpierw z Kasią i Magdą, z którymi spędzę od tej pory wiele czasu, a potem z dwiema wesołymi, sympatycznymi Niemkami...
Annette i Alexą, które do Camino podchodziły bardzo luźno - wiele odcinków zmieniały, często podjeżdżały autobusami lub pociągami i nie zależało im wcale na dojściu do Santiago.
Tego poranka ostatni raz widzieliśmy się z Henrykiem i Rosvithą  (pozostaliśmy natomiast do końca - a nawet do teraz - w kontakcie telefonicznym.) - ich lot powrotny był dużo wcześniej niż mój więc szli dynamicznie.


Natomiast ja... ponieważ pozostał mi do hiszpańskiej granicy dystans, który zazwyczaj wszyscy pokonują w jeden dzień, a mi wciąż było mało Portugalii, postanowiłam podzielić go sobie i zacząć ten dzień od wejścia na pobliskie wzgórze z usytuowanym na nim kościołem i klasztorem Św. Łucji (Santa Lucia), odchodząc w ten sposób od szlaku jakubowego i nadkładając nieco drogi. Na nocleg upatrzyłam sobie na mapie hostel, w którym miał być nocleg za 11 euro i w nim umówiłam się z Annette i Alexą.




Na wzgórze wchodzi się setkami, a raczej tysiącami malowniczych schodów. Na koniec trochę asfaltu i już jest szczyt, skąd pięknie widać okolicę. Niestety tego dnia, szczególnie o poranku, bardzo często się chmurzyło i odbierało blask zdjęciom.













Zewnętrza elewacja akurat była w remoncie, wnętrze natomiast niespecjalnie zachwycało ;-)

Po spenetrowaniu okolicy wyruszyłam ścieżką znalezioną na maps.me, która okazała się szlakiem turystycznym. Wiodła lasem eukaliptusowym (uwielbiam!) i doprowadziła do ruin kamiennych wiaduktów, do których po drugiej stronie były przyklejone małe kamienne piwniczki, pewnikiem do przechowywania wina. Zajrzałam tam przez wyrwę w murze, ale nie udało się ich sfotografować :/








Po zejściu ze wzgórza przez wieś dotarłam do brzegu morza taką to niezwykłą rzeźbę(?) mijając po drodze - ciekawe, co miała symbolizować/upamiętniać?






Idąc dalej trafiłam w miejsce nadzwyczajnej urody! Spędziłam tam naprawdę dużo czasu sycąc oczy i duszę pięknem krajobrazu i, oczywiście, utrwalając to na zdjęciach.




















A kiedy byłam w okolicy miejscowości Afife dostałam wiadomość od Annette i Alexy, że doba w hostelu kosztuje 45 euro!!! Nie, no... takiej ceny nie udźwignie mój budżet! Co tu robić? Do albergi nie dojdę, bo już wieczór się zbliża, a zostało mi z 15 km. Postanowiłam pójść do wsi i popytać o jakiś pensjonat, pokoje gościnne itp. Ale sprzedawczyni i klienci w sklepie nie znali  w okolicy żadnego odpowiedniego miejsca, a wiadomo - jak w sklepie nie poradzą to znaczy, że jest jak mówią!
(następnego dnia z ciekawości weszłam do tego hostelu zweryfikować cenę i okazało się, że 45 euro to cena za pokój dwuosobowy. W dormitorium łóżko było za 13)

Zrobiłam więc to, co głęboko w zanadrzu trzymałam sobie jako opcję awaryjną. Złapałam stopa z powrotem do Viana do Castelo i wróciłam do albergue z poprzedniej nocy :) Kierowca akurat przejeżdżał koło jej drzwi :D



Dzień 6.

Rano poszłam na dworzec i autobusem podjechałam do Afife, dokładnie na przystanek, z którego wróciłam się poprzedniego dnia, doszłam na brzeg Atlantyku i powędrowałam dalej :)







Ponieważ wiele godzin nie widziałam żadnego pielgrzyma i nigdzie nie widziałam oznaczeń szlaku byłam przekonana, że wiedzie on równoległą drogą trochę dalej od plaży, a tą drogą (a właściwie plażą) idę tylko ja. Do czasu aż w ruinach jakiejś budowli (obronnej chyba?) dogonił mnie John z Australii. 
John był bardzo miłym i rozmownym człowiekiem, ale dla mnie rozmowa z nim to był dramat! Zresztą jemu też było ciężko ;)
Z natury mówił bardzo szybko (prawie jak ja, ha ha), a wziąwszy pod uwagę, że angielski to jego język ojczysty, ale w wydaniu australijskim, oraz moją żałosną znajomość tego języka - porozumienie się w każdej kwestii wymagało ciągłych powtórzeń i niemal sylabizowania! :D :D
Zanim ustaliliśmy, że jego brzmiące jak sylaba łindł i moje elegancko wyartykułowane ł-i-n-d-o-ł to to samo słowo już nas ręce bolały! :D
Dlatego po krótkiej pogawędce przekonałam Johna, żeby poszedł szybciej, bo ja się będę jeszcze długo guzdrać i w planie mam nawet kąpiel w oceanie.








A ja korzystając z pięknej pogody rzeczywiście weszłam do wody, choć była zimna jak w Bałtyku przed sezonem! Jednak w miejscu, które wybrałam woda okazała się tak płytka, że musiałam daleko wejść, żeby się w ogóle zanurzyć, o zabawie z falami nie było mowy.




A gdy niedługo potem schodziłam z plaży do nadmorskiego miasteczka już z daleka usłyszałam nawołującego mnie Johna - Jola, Jola - choć tutaj, tu jest dobra kawa! 
Cóż było robić? Dobra kawa to niezwykle mocny argument! - dołączyłam więc do niego :)
I tak małymi kroczkami, dzień po dniu oswajając się ze wzajemną wymową, rozumieliśmy się trochę lepiej i  ostatecznie to właśnie (między innymi) z Johnem zakończyłam swoją pielgrzymkę w Santiago.
Póki co po krótkim odpoczynku pod pretekstem kawy ruszyłam na ostatni fragment portugalskiej Drogi do albergue w Caminha. 











Wieczorem jeszcze pochodziłam po miasteczku, zjadłam wypasioną kolację na mieście (ostatnia szansa przed hiszpańskimi wyższymi cenami) i z pewnym smutkiem myślałam o jutrzejszym rozstaniu z Portugalią...









C.d.n.

Zdjęcia z tej części Drogi