sobota, 8 grudnia 2018

Green Velo 4, Lipiec 2018 - najładniejszy odcinek



Rano, po wyjściu z domku stwierdziłyśmy, że w sąsiednich domkach nocują inni eksploratorzy szlaku Green Velo: Aneta i Grzegorz, małżeństwo wytrawnych rowerzystów z Warszawy i para młodych Niemców, z którymi już się poznaliśmy przy sklepie w Suścu. Miłe są takie spotkania i wymiana doświadczeń!

Po śniadaniu ruszyłyśmy znów do Horyńca zobaczyć to co wczoraj, ale w dziennym świetle.
Horyniec to miejscowość uzdrowiskowa więc wybierałyśmy się też do domu zdrojowego zażyć trochę zdrowia wraz z tutejszymi wodami leczniczymi "Róża".
Na koniec wzmocniłyśmy nasze siły słodką bombą kaloryczną i opuściłyśmy Horyniec.







Daleko nie przejechałyśmy, bo w pobliżu Horyńca był nasz następny cel, czyli cerkiew św. Paraskewy z XVI w. – zabytkowa prawosławna cerkiew (obecnie muzealna) w Radrużu.  W 2013 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Piękna jest! Popatrzcie...










W dalszej drodze natrafiłyśmy w lesie na załadunek drewna i musiałyśmy poczekać chwilę na bezpieczny przejazd, a potem spotkałyśmy poznanych rankiem rowerzystów z Warszawy. Byli tak samo pełni entuzjazmu jak my, co uwieczniliśmy na zdjęciu. Mieli nieporównanie większe doświadczenie w turystyce rowerowej, ale udało się przejechać z nimi kawałek, zanim nas odsadzili.




A my jechałyśmy sobie spokojnie wśród letnich krajobrazów aż do śródleśnego stawu, przy którym zarządziłyśmy przerwę obiadową. Przyglądał się temu uważnie ciekawski bociek, podchodzący całkiem blisko. Jeszcze bliżej - niestety! - podszedł kleszcz i zaczął wkręcać mi się w nogę. Całe szczęście szybko go zauważyłam i pozbawiłam dziada posiłku z mojej krwi!














Gdy tak się posilałyśmy w pięknych okolicznościach przyrody dołączyła do nas trzech czwarta rowerzystka. Wracała z pracy, jak co dzień, ok 15 km i się do nas przysiadła. Ależ to była gaduła! W ciągu pół godziny poznałyśmy jej życiorys, rodzinę, relacje rodzinne, współpracowników i tutejsze ciekawostki. 
Jedną z nich była informacja o pobliskiej kapliczce tzw. Kapliczce Pięciu Sosen, związanej z objawieniami Matki Boskiej - najpierw 300 lat temu dzieciom, potem po II wojnie światowej żołnierzowi, a prawie 30 lat później lokalnemu cieśli. Kapliczka opiera się o charakterystyczną sosnę, której pień przy samej ziemi rozdziela się na pięć odrębnych pni.  Tu można o tym poczytać





 Pojechałyśmy dalej, po drodze wytrzeszczając oczy, stosownie do okoliczności, zatrzymując się przy niektórych mijanych obiektach aż dojechałyśmy do Młynów.













Ale zanim wjechałyśmy do Młynów zauważyłam, że moja przednia lampka oświetleniowa zwisa na kablu obok koła. Przyjrzałam się temu i stwierdziłam, że musiała mi się po drodze odkręcić nakrętka mocująca i ją zgubiłam. Na chwilę lampkę zabezpieczyłam tymczasowo, ale to była słaba i niewygodna konstrukcja. Gdy więc w Młynach pokazały się pierwsze zabudowania, czyli bloki dawnego PGRu zapytałam stojących przy drodze panów, czy nie mieliby gdzieś pod ręką takiej nakrętki. Sądziłam, że spojrzą w swoich domowych skrzyneczkach i coś znajdą. Ale okazało się, że to nie takie proste. Zaczęły się telefony - to do sąsiada, to do kuzyna sąsiada itd. Robiło się późno i niepokoiła nas pogoda więc podziękowałam jednak i postanowiłam jechać dalej. Panowie jednak tak bardzo się zaangażowali, tak intensywnie przekonywali mnie, żebym dała sobie to naprawić, że nie miałam sumienia nie dać im możliwości zrobienia dobrego uczynku ;)
Dziewczyny pojechały więc zwiedzić lokalny kościół-cerkiew, który nie leżał przy naszym szlaku, a ja ruszyłam z męską delegacją w stronę garaży. Trwało to wszystko trochę, ale zakończyło się pełnym sukcesem, do dziś lampka jest na swoim miejscu. A panowie krygowali się chwilę zanim zapozowali ze swoim dziełem do zdjęcia, choć niektórzy wcześniej uciekli.
Dziękuję Wam Panowie!



Ja natomiast ruszyłam w pogoń za dziewczynami i zastałam je jeszcze przy cerkwi. Obejrzałam ją w wielkim pośpiechu, bo na niebie pojawiła się bardzo podejrzana ciemna chmura. Szybko więc wsiadłyśmy na rowery chcąc dojechać do centrum wsi i znaleźć jakieś miejsce na rozbicie namiotu pod dachem, np.  w ogrodowej altance.





Niestety, rozpadało się bardzo szybko i nie miałyśmy czasu na dobre rozpoznanie. Zapytałam ludzi krzątających się po podwórku przy pierwszym domu o możliwość rozbicia namiotu pod dachem, a oni zaproponowali nam jedyne co mieli - właśnie budowany warsztacik dla gospodarza. 
Hilton to to nie był!!! Ale tak mocno już wtedy lało, że nie wybrzydzałyśmy tym bardziej, że dla rowerów też znalazł się daszek. Z pomocą gospodarzy, którzy bardzo się zaangażowali, moknąc przy tym niemiłosiernie, przystosowałyśmy sobie to ciasne wnętrze do spania. Gospodarz zainstalował nam prąd, dostałyśmy maty i koce, a wieczór spędziliśmy w malutkim domu gospodarzy poczęstowane herbatą, kawą i ciasteczkami. Gospodarz zachęcał nas też do zakupu poroża jelenia, przekonując, że bez problemu pomoże nam zamocować go do roweru, ale na szczęście udało się odjechać bez niego. 





 I tak dobiegł końca kolejny dzień, a my oczywiście już od dawna wiedziałyśmy, że nie mamy szans na zrobienie całej pętelki i powrót rowerami do Stalowej Woli więc chciałyśmy dotrzeć tylko do Przemyśla, bo stąd wszystkie będziemy miały najłatwiejszy powrót do domów pociągami. 

Tego dnia przejechałyśmy 67 km głównie asfaltem, ale było też całkiem sporo szutru i polnych dróg. A ja tego dnia w swoich notatkach zapisałam - to był najładniejszy odcinek Green Velo, który dotychczas (i już do końca) przejechałyśmy! Szczerze mówiąc nie widzę tego teraz na zdjęciach, czyli nasuwa się wniosek, że zdjęcia jednak nie oddają tego, co widzą oczy.

Zdjęcia
C.d.n.