wtorek, 15 listopada 2016

Kamczatka - wchodzimy między wulkany.





Autobus z Esso dojechał do Pietropawłowska Kamczackiego przed 17.00. Lało...
Wracając z pracy Alexey wstąpił po nas na dworzec. Minę miał nieszczególną i powiedział, że musimy porozmawiać...
Przestraszyliśmy się... No bo gdyby nie było żadnych planów trekkingowych to cieszylibyśmy się samym tylko pobytem na Kamczatce, ale skoro już były plany całkiem zaawansowane to ich niezrealizowanie byłoby bardzo trudne. Już tak się przyzwyczailiśmy do tej myśli!

Alex mówi, że tego właśnie dnia z rana dostał baaardzo atrakcyjną propozycję - kilkudniową wycieczkę śmigłowcem w dzikie, mało znane, bardzo przyrodniczo ciekawe miejsce - za darmo! Ale za 2 dni. Normalnie za taką wyprawę płacić trzeba ogromne pieniądze. Dla niego to super okazja. Może nawet zabrać fotografa i mogłoby to być któreś z nas, jeśli chcemy. Ale nawet za odpłatnością nie możemy polecieć oboje, bo nie ma już ani jednego wolnego miejsca. On oczywiście - jak mówi - najpierw umawiał się z nami więc naturalnie, jeśli nie chcemy lecieć to będzie tak, jak planowaliśmy i nie mamy się o co martwić.

Wyobrażacie sobie, że mielibyśmy mu stanąć na drodze? W życiu! Nie chcemy się też rozdzielać. 
Naturalnie mówimy - Alex leć, łap okazję, nie patrz na nas! Nie jesteś nam absolutnie nic winien.
Alex na to, że skoro tak, to jest jeszcze jedna możliwość. 
Nasza trójka miała iść jakby " w towarzystwie" innej, sześcioosobowej grupy. Naszym przewodnikiem/opiekunem/organizatorem był Alex, a tamtych znane Alexowi małżeństwo. Może zapytać Nataszy czy zgodzą się, żebyśmy z nimi poszli. Przy czym musielibyśmy być całkowicie samowystarczalni i oni nie biorą za nas żadnej odpowiedzialności. I nie idą na żaden wulkan, jedynie pomiędzy nimi.
Trochę się przestraszyłam, bo co będzie, jak nie będę dawała rady? Może to będą młodzi ludzie i będą się złościć, że nie nadążam? Alex uspokaja mnie - z nimi idzie dziecko, na pewno będzie szło powoli. Jak chodzisz po górach to dasz radę.

Pokusa jest tak ogromna, że decydujemy się iść. Pomimo tego, że nie ma w programie wulkanu :( 
Alex daje nam wszystkie potrzebne papiery, które pozałatwiał, informuje jak odzyskać paczkę z jedzeniem, która już czeka na nas w obozie, do którego powinniśmy dojść w dwa, najwyżej trzy dni. Część rzeczy zostawiamy u Alexa, bierzemy tylko to co absolutnie niezbędne, trzeba minimalizować ciężar, który przyrośnie nam wkrótce do pleców. A sam zapas jedzenia na 3 dni sporo waży.

Rano Alexey zawozi nas na miejsce zbiórki - taksówka już czeka! ;-) Wyobrażacie sobie jaki posmak przygody poczuliśmy?!



Żegnamy się z Alexem dziękując za wszystko! Czy kiedyś zdołamy mu się odwdzięczyć?...

Czekamy aż wszyscy się pojawią i ruszamy.
Zanim napiszę, co było dalej przedstawię bohaterów następnych opowieści, wybiegając nieco w przyszłość.

Najważniejszą osobą w grupie, naszym przewodnikiem, jest Jurij. To żołnierz zawodowy, twardy człowiek, znający te tereny wielbiciel zimowych wycieczek skuterami śnieżnymi. Jest wyposażony w wiele akcesoriów do odstraszania niedźwiedzi oraz GPS, z pomocą którego będzie nas prowadził nie tylko po szlaku.



Niemal równie ważną rolę pełni w grupie Natasza, żona Jurija. Równie twarda kobieta, dźwigająca ciężar, który mógłby mnie przewrócić i do tego niezmiennie ubrana w polarową bluzę z długim rękawem, pomimo ponad 30-stopniowych upałów. Zawodniczka i zagorzała miłośniczka wyścigów psich zaprzęgów,  zawodowo zajmująca się - jak powiedziała - finansami.

Jurij i Natasza rzadko się uśmiechają, choć są mili. Może to zgodnie z rosyjskim przysłowiem, o którym powiedziała nam nasza ostatnia na Kamczatce gospodyni z Couchsurfingu. W wolnym tłumaczeniu brzmi ono: 
"Uśmiech bez przyczyny to obraz durniny" :) ;-) 


Ksenia, córka Nataszy i Jurija, miła, małomówna 24-latnia dziewczyna  pracująca w sklepie, jak mówi - tymczasem. Też jeździ w zaprzęgach. Trzymała się blisko rodziców.

Anton - to dziecko, o którym mówił Alex! - to 17-letni chłopak zza Elizowa, którego na ten trekking zapisał ojciec chyba chcąc przyspieszyć dorastanie ;-).  Anton początkowo jest zafascynowany obcokrajowcami,  nie odstępuje nas na krok, żałuje, że nie chciało mu się nigdy uczyć angielskiego. Pomimo, że ma ten przedmiot w szkole już wiele lat nie potrafi powiedzieć właściwie nic. Jest bardzo miły i początkowo czuje się zobowiązany pomagać wszystkim, szczególnie paniom. Potem przychodzi na niego wielki fizyczny  kryzys i Anton traci rezon, a kiedy odzyskał siły, zaczął niestety tak cwaniakować, że stracił cały swój urok.  

Masza, bardzo miła dziewczyna pochodząca z gór Ałtaj, która po studiach została w Moskwie. Jest dziennikarką i fotografką i zjeździła już "pół świata". Świetnie mówi po angielsku i jest naszym łącznikiem z resztą grupy.
Masza była rok temu na Kamczatce, którą tak się zachwyciła, że wróciła tu na dłużej, żeby dokładniej spenetrować różne okolice. Na ten trekking umówiła się jeszcze z Moskwy. Niestety, źle oceniła swoje możliwości, a może zabrakło jej doświadczenia, ale jej plecak ważył chyba połowę jej wagi!
Gdy widziałam, jak chodzi się myć z 2 wielkimi kosmetyczkami  pełnowymiarowych i pełnych (żeby nie zabrakło ;)) opakowań szamponu, toniku, balsamu itp. to dziwiłam się, że odrywa swój plecak od ziemi.
Do tego kilka kg sprzętu fotograficznego, a nawet - sama się z siebie śmiała - zapas 50-litrowych worków na śmiecie, ważący 70 dag!

Jest też z nami Jurij, którego dla odróżnienia od przewodnika będę - tak jak Masza - nazywać Jurą. Jura ma 44 lata, mówi że pochodzi z Moskwy, pracuje w dużym przedsiębiorstwie. Idzie w góry skuszony przez Maszę, z którą nawiązał kontakt na jednym z forów internetowych, gdzie oboje szukali informacji o Kamczatce i dogadali się, że lecą tym samym samolotem do Pietropawłowska. Poznali się na lotnisku. Jura również zwiedził  trochę świata, zafascynowany opowiadał o ostatniej podróży do Australii, wcześniej były Peru, Meksyk i cała Ameryka Łacińska. Ale Jura, z tego co mówił, to turysta luksusowy! Podwożony autokarem pod atrakcje i śpiący w porządnych hotelach. Przechodził wiele kryzysów podczas tej wędrówki. Znał angielski, ale nie umiał mówić płynnie, co go tak irytowało, że nie chciał się odzywać w ogóle, pomimo zachęt.

No i my - na doczepkę ;). Obcokrajowcy, starający się, żeby nikt na nas nigdy nie czekał, żeby nie sprawić kłopotu, wdzięczni, że w ogóle możemy z nimi iść! Chętni byliśmy do wszelkich kontaktów, ale bariera językowa była ogromna, ja naprawdę mało pamiętam z rosyjskiego, nigdy z niego orłem nie byłam, nawet na studia za komuny zdawałam angielski (z którego też jestem słaba). Kuba znał rosyjski jedynie z poprzedniej podróży po Rosji i niewielu godzin samodzielnej nauki.
Składu dopełniały 4 psy przewodników - trzy malamuty, które zimą ciągną zaprzęg Nataszy - Lalka, Liwer i Tuman -  i jeden kundelek - Pańczyk.

Ten trekking, któy się właśnie rozpoczyna to sama esencja, sam smak naszej kamczackiej przygody! Na samo wspomnienie uśmiecham się niedowierzająco :)

Już sama jazda tą elegancką bryką to przygoda! A co dopiero, gdy kończy się nawet szutrowa droga! Skręcamy w szerokie koryto rzeki, którą prawdopodobnie spływają roztopione śniegi, a w tej chwili płynie tylko mała strużka i jedziemy nią ok. 2 godziny. Doznania niezapomniane. Na rzece są uskoki dochodzące do metra, które nasz wóz pokonuje z mniejszym lub większym trudem. Poniewiera nami we wszystkie strony. U Kuby zobaczycie filmik (sama go jeszcze nie widziałam). W połowie drogi przerwa.

Gdzieś tam daleko jakby się przejaśniało, ziemia mocno paruje. Widać też uskoki jakie  pokonywaliśmy.

Jedziemy dalej i pojawia się słońce i widok na wulkany. Są tak blisko! Pierwszy to Awaczański, drugi Koriacki. Awaczan bardzo nam się marzył na wejście... :(

Dojeżdżamy do końca drogi - dalej się nie da. Rosjanie przepakowują swoje bagaże, każdy dostaje od przewodników dobijającą ciężarem reklamówkę z zapasem jedzenia. Sami oprócz swoich zapasów dźwigają żarcie dla 4 wielkich psów (no, jednego niewielkiego ;) )

My w tym czasie chodzimy wokół, a buzie nam się same śmieją! Mam wiele obaw, czy podołam, bo to dziecko to całkiem napakowany wyrostek, ale jestem pełna optymizmu.
Rozglądamy się wokół za susłami, czyli jewraszkami, bo wiemy, że tu łatwo je spotkać. Są tak obyte z ludźmi, że mogą nawet jeść z ręki. I rzeczywiście widzimy jedną wartowniczkę, jednak bardzo niespokojną z powodu biegających i szczekających psów. O całkiem bliskim kontakcie nie ma mowy.
Dymiący Awaczan. 
W końcu ruszamy. Na wstępie mamy kilkaset metrów ostrego podejścia na Przełęcz Awaczańską. I od razu formuje się szyk rozstawny utrzymujący się mniej więcej przez całe 9 dni. Na czele idzie Jurij i nikt nie śmie go wyprzedzić - chyba, że czasem robi to Natasza. Zaraz za nimi idzie Ksenia. 
W drugiej parze  Kuba i  ja oraz - początkowo - Anton. Po kilku dniach Anton nie odstępuje Jurija i śmieje się ze słabszych :/
Pochód zamykają Masza i Jura. 
Uspokoiłam się :) Wygląda na to, że nie będę piątym kołem u wozu, uff  :D

Idziemy wiele godzin, cały czas góra-dół, góra dół. Mijamy wiele tropów niedźwiedzi. Po każdej godzinie marszu Jurij zarządza 10-15 minut odpoczynku.




 
Najpierw długo idziemy jakimś takim żużlem wulkanicznym, a potem po północnej stronie wulkanów wchodzimy w śnieżną krainę. Tam, w najbardziej ponurym zakątku Kłapouchego, przewodnicy zarządzają przerwę na obiad. 
To pierwszy posiłek więc uwijamy się z Kubą, żeby zdążyć ze wszystkim, zanim Rosjanie skończą. Na pierwszy ogień idą największe więc najcięższe konserwy i kasza gryczana.
Potem wypijamy kawę, Kuba ucina sobie drzemkę, zwiedzamy okolicę, a Rosjanie wciąż czekają aż im się zagotuje woda na zupę i czaj. I oni i my używaliśmy takiego samego kartusza i podobnych palników, ale my potrzebowaliśmy niecały litr wody, oni spore wiaderko. Bo jak się okazało, gotowaniem dla wszystkich Rosjan zajmowali się wyłącznie przewodnicy. To zapewne było w cenie (Masza, Anton i Jura płacili za ten trekking) i rzeczywiście do samego końca nikt inny nie zajmował się kuchnią. 
Garnki Rosjan

  I tak  przy każdym posiłku mogliśmy spokojnie pichcić, nie było mowy, żeby na nas czekali, ufff. Następny niepokój okazał się nieuzasadniony.



Po posiłku poszliśmy dalej i wkrótce weszliśmy w dziwnie zielono-brązową dolinę, która przypominała mi Islandię ze zdjęć znajomych.

Na następnym postoju okazało się, że delikatne łapy malamutów nie wytrzymały tego pumeksowego podłoża i krwawią. Przewodnicy byli na to przygotowani - włożyli psom buciki i poszliśmy dalej.
Buciki jednak nie były zbyt dobre, bo podczas przekraczania strumieni namokły, zrobiły się ciężkie i zaczęły spadać.  Poza tym Masza i Jura, a nawet Anton już ledwie szli więc w tej zielonej dolince, z widokiem na dwa wulkany,  Jurij zarządził nocleg.



To był nadzwyczajny dzień! Dzień, w którym nie mogliśmy się przestać z Kubą uśmiechać, cieszyć, śmiać! A wszystko z jakimś niedowierzaniem, że to naprawdę się dzieje! Trudno znaleźć słowa, które to opiszą. Lepiej popatrzcie na nasze miny na zdjęciach! :)

Więcej zdjęć tutaj