czwartek, 10 listopada 2016

Kamczatka - wczasy w Esso



Po dobrze przespanej nocy dzień wstał piękny i można było zrealizować cel zaplanowany jeszcze w Polsce. Idziemy na Pionierską Sopkę (Пионерская Сопка) - pobliską górkę, z której mamy mieć całe Esso u stóp :)


Idąc przez wieś wstępujemy do banku, gdzie znajduje się jedyny w Эссо bankomat. Wejście do niego kojarzy nam się z wejściem do chłodni  :)



Po drodze mamy cerkiew i Muzeum Etnograficze.




Kuba ucina sobie pogawędkę z byłym żołnierzem, który kiedyś bywał na Ukrainie, a to przecież już prawie w Polsce, jak stwierdza  ;)




I już jesteśmy na początku szlaku, który początkowo prowadzi tak ostro w górę, że chwilami można zjechać na miękkim podłożu! To właśnie, w połączeniu z panującym upałem bardzo mnie osłabia i wlekę się niemiłosiernie. Na szczęście w końcu nachylenie się zdecydowanie zmniejsza i odzyskuję moc. Mijamy gołoborza niczym na Łysicy i wkrótce stajemy na szczycie, na którym - surpise! - jest fajna, żółciutka wiata.
Urządzamy tam sobie krótki popasik.
Widoki zaiste cudne! 





Jest wcześnie, dzień piękny, nam poszło szybciej i łatwiej niż się spodziewaliśmy więc szybka decyzja - idziemy dalej! Najpierw wyraźną ścieżką do skrzyżowania szlaków, potem świetnie oznaczonym szlakiem idziemy, idziemy idziemy... Na schematycznej mapce widzimy, że można tym szlakiem zrobić piękne  kółeczko, ale ma on prawie 30 km i schodzi nie do Esso, ale jakieś 10 km dalej do drogi, którą wczoraj przyjechaliśmy. To jednak za daleko na dzisiejszy dzień więc po kilku kilometrach zarządzamy odwrót i tą samą drogą wracamy do Esso.
Pobliski krajobraz przypomina mi Słowacki Kras - rozległe płaskie przestrzenie poprzecinane głębokimi dolinami. Różnica jest jednak w tym, że tutaj wokół sterczą stożki wulkanów!  



Ustawienie "statywu"... ;)

...i pstryk!

A tak się zabezpieczyliśmy przed niedźwiedziami - jak wiadomo, o tej porze roku najważniejsze, to nie przestraszyć misia! Hałasuję więc z każdym krokiem.


Wróciliśmy w rejon Pionierskiej Sopki, skąd widać wiatkę i stok narciarski po drugiej stronie doliny. Będzie on częścią naszej następnej wędrówki.


Wycieczka była wspaniała, buzie cały czas nam się uśmiechały, a oczy nie mogły nasycić widokami!
Dla równowagi jednak, ha ha, okupiliśmy ją sporym "cierpieniem". Otóż przy zejściu przez zagajnik, a pora była już wieczorowa, przeżyliśmy taki atak komarów i meszek, jak jeszcze nigdy w życiu! A w namiocie leżały sobie "kapelusze pszczelarzy" - nie pomyśleliśmy o nich, bo dotychczas robactwo nam nie dokuczało.



Po tym ataku stwierdziłam, że właściwie komary są ok! Mogę się z nimi pogodzić - poswędzi kilka godzin, zacisnę zęby, nie drapię i przejdzie. Ale te cholerne meszki to dramat! Tak mi pogryzły nadgarstki, że przez wiele dni nie mogłam nosić zegarka, bo bransoletka, wcześniej całkowicie luźna, uciskała opuchnięte nadgarstki, dodatkowo drażniąc je i powodując swędzenie nie do wytrzymania. Podobnie okolice kostek i szyja!

Wieczorem oczywiście tradycyjnie basen i decyzja - jutro się byczymy! Odkąd wyjechaliśmy z domu, cały czas bardzo intensywnie wykorzystujemy każdą chwilę, pora więc na odrobinę lenistwa, na relaks, jaki nawet nam ;) przysługuje na wakacjach! :)
Rano śniadanko powolutku...
Kupujemy karty (ok. 7-8 zł!) i mamy internet! Kuba na stronie sprawdza skrytki w Esso i przy basenie  znajduje  swojego pierwszego na Kamczatce "kesza" (geocaching) - widać, jaki szczęśliwy!
A potem dłuuuugo byczymy się przy basenie, gdzie zaprzyjaźniam się z dwiema dziewczynkami.Pomogłam jednej z nich odzyskać buta, ukradzionego przez psa, który całymi dniami tym się właśnie zajmował (nam też raz zwinął!) i odtąd wciąż krążyły wokół nas, dodatkowo zaintrygowane niezrozumiałym językiem.
Na obiad idziemy do restauracji przy basenie, gdzie zjadamy uchę. Często wpisując to hasło w krzyżówkach zastanawiałam się, jak ona smakuje?
Zaskoczyła mnie! Znane mi dotychczas zupy rybne były gęste i pełne warzyw. A ucha to rosół z ryby podawany z ziemniakami i dużym kawałem rybiego mięsa. Najlepsza jest ponoć z kilku gatunków ryb.
Nasza była pyszna!!!

Kawałek za wsią są drugie termalne źródła - tam się wybieramy po obiedzie. Ale nie prosto.
Kuba wie, że są w Esso jeszcze inne skrytki i idziemy ich szukać. Żałuje, że nie wiedział wczoraj o skrytce na Pionierskiej Sopce :(.

Koło biblioteki poszukiwania zakończone sukcesem! Na rzecznej wysepce, niestety, nie... :/
Znajdujemy termy, w których przez chwilkę jesteśmy sami, ale wkrótce przychodzą letnicy i widzimy, że tu nie tylko wodnych, ale i błotnych kąpieli należy zażyć.
Po tej wizycie w spa, wzmocnieni i wypiękniali  szwendamy się po okolicy korzystając z cudnego wieczoru.

A potem co? Zgadliście!  Basen, a jakże! Jak widać na zdjęciach - nie był zbyt elegancki, ale woda była wspaniała!








Każdego dnia leżąc przy basenie widzimy lśniący w zachodzącym słońcu domek wysoko w górach (biała kropeczka z lewej strony na przełęczy) - marzy nam się dojście tam. Jutro spróbujemy!




Zanim nastanie noc i zakończę ten odcinek ;) jeszcze ważne informacje - Alex z Pietropawłowska informuje nas, że jest możliwość przekazania paczki z żywnością do jednego z punktów na trasie naszego trekkingu. Kolosalnie zmniejsza to obciążenie naszych plecaków. Ale paczkę musi podać jutro po południu. Ma więc pytanie, czy chcemy, żeby dla nas też zrobić zakupy i czy zaakceptujemy jego wybory w tym zakresie. Pytanie! Jasne, że zaakceptujemy! I będziemy tacy zobowiązani... 
Jeszcze sprawa permitów. Cudzoziemcy, aby wejść do parku narodowego muszą mieć pozwolenie. Potrzebne są nasze paszporty. Alex spróbuje jednak załatwić je dla nas sam, potrzebuje tylko kopii najważniejszych stron. Robimy zdjęcia, wysyłamy je internatem.
Czy to jeszcze przyzwoite, żeby tak chłopaka fatygować? No przecież nawet się właściwie nie znamy!
Głupio się czujemy, chcemy wracać i pomóc Alexowi, ale on stanowczo mówi - nie macie po co wracać! Przyjechalibyście za późno, żeby coś załatwić, a pogoda tu nadal obrzydliwa. Macie jeszcze co najmniej 2 dni!
Idziemy spać.