czwartek, 3 grudnia 2015

Lodowiec Svartisen

 


Wyjechałyśmy z Trondheim popołudniową porą i pojechałyśmy dalej na północ drogą E6.

Krajobrazy w tym rejonie Norwegii są bardziej swojskie




Na nocleg zatrzymałyśmy się na parkingu polecanym na wspomnianej przeze mnie wcześniej stronie Campercontact ( http://www.campercontact.com/en/norway.aspx?map=1&filter=|200 ).

Miejsce bardzo polecamy, węzeł sanitarny z ciepłą wodą i widok na fiord! I to wszystko za darmo :)

Robimy tam sobie kolację, a potem małe przyjątko z widokiem na zachód słońca.





Następnego dnia tylko jedziemy, jedziemy i jedziemy. Cały czas E6. Oczywiście zatrzymujemy się wszędzie, gdzie nam się coś szczególnie spodoba.

Nieustannie zachwycają mnie i moje koleżanki maleńkie wysepki, których w tym kraju jest zatrzęsienie. Czasem jest na nich malutki zagajnik, a czasem tylko jedno, dwa drzewka. I berdzo często maleńki domeczek, do którego właściciele muszą podpływać łódką.



Trafiamy też na niewielką zaporę wykorzystującą naturalne ukształtowanie terenu.





A to już inne miejsce, do którego trafiłyśmy przez przypadek - podobno tu łososie wskakują w górę wodospadu żeby popłynąć w górę rzeki na tarło.
Są wtedy karmazynowo czerwone i widowisko jest niezwykle malownicze, szczególnie, że często na łatwy łup liczą wtedy niedźwiedzie i przychodzą na polowanie.
Niestety, jesteśmy za wcześnie - to dopiero jesienią.



Wieczorem dojeżdżamy do miejscowości Mo i Rana i instalujemy się na nocleg znów w miejscu znalezionym na w/w stronie.
Śpimy na parkingu koło informacji turystycznej (trawiaste dachy).

Nocleg darmowy, ale trzeba wypełnić zgłoszenie i zatknąć za szybą.
Sanitariaty w budynku informacji, otwarte w godzinach jej pracy.



Po przebudzeniu plan był taki, że jedziemy na objazdówkę, a następnego dnia ma być ładna pogoda więc wyruszymy na drugi błękitny lodowiec znajdujący się tu w pobliżu.
Zaczynamy od wizyty w informacji turystycznej, a tam dowiadujemy się, że najaktualniejsze prognozy mówią, że na słońce mamy szansę tylko dziś 2 godziny od południa! Jutro chmury i deszcz.

Natychmiast zmieniamy plany, szybciutko wracamy do przyczepy, bierzemy wycieczkowy ekwipunek i ruszamy w kierunku lodowca Svartisen.

Tym razem strzelamy sobie atrakcję w postaci rejsu stateczkiem. Zanim przypłynął zauważyłyśmy, że w pośpiechu zapomniałyśmy wziąć garnuszka do gotowania wody! O nie!!! Jak to? Ma nie być kawy??! słodkiej chwili??!

Idę do malutkiego domku, wokół którego kręci się pracownica parku i pożyczam odpowiednie naczynko :-) Pani mówi, że być może jej już nie będzie, gdy wrócimy więc mamy zostawić dzbanuszek na werandzie.

Płyniemy...



Po wyjściu z łódki czeka nas kilkukilometrowe podejście do lodowca.
Trasa nas zachwyca! Idziemy wśród skał o dziwnej (czasem jakby płynnej, czasem mocno warstwowej) strukturze, pięknej barwie, wzmacnianej pokrywającymi je porostami. Bardzo wiele skał ma intensywny metaliczny połysk.

I do tego wychodzi słońce!!! I wszystko jest jeszcze piękniejsze :D
Zobaczcie!

















Czasami wśród skał przebijają się roślinki lub rachityczne drzewka niczym bonsai





W końcu wychodzimy zza skały i... jest!









Filmik (jak widać o urodę zadbałam dopiero w ostatniej sekwencji. ha ha) https://picasaweb.google.com/115132628360511080277/Norwegia2015LodowiecSvartisen#6223796814311259506

Tym razem nie podchodzimy tak blisko jak do wcześniejszego lodowca, ponieważ (oprócz mnóstwa ostrzeżeń) powstrzymuje nas ukształtowanie terenu. Jest poprzecinane głębokimi uskokami (2-3-4 metry wysokości) i trzeba je bardzo daleko obchodzić. Dopóki inni też szli – próbowałyśmy i my, ale w końcu wszyscy się poddali więc postanowiłyśmy wracać.







Po drodze dostrzegam Dani w jej standardowej pozycji i do niej dołączam. Tym razem na celowniku rosiczka. Polecam zdjęcia Danieli (np. na facebooku) są naprawdę piękne! (Dani zamieść link na naszym fanpagu)



Widać nawet podtrawione muszki





Czas oczekiwania na łódkę umilamy sobie kawą i słodką chwilą, którą również częstujemy bardzo miłą i nadzwyczaj rozmowną austriacką koleżankę po fachu i jej męża.



Na koniec pamiątkowa fotka.



Zostawiamy na werandzie czajniczek dołączając do niego batonik i wracamy do Mo i Rany.
To była przepiękna wycieczka!
Niewątpliwie na nasze odczucia miała wpływ wyjątkowo ładna jak na te wakacje pogoda!

Porównując te lodowce do siebie napiszę tak – Nigardsbreen wart jest odwiedzenia z tego względu, że można podejść do samego lodowca (na własne ryzyko), a to jest niezwykłe przeżycie (dla nas było), bo stojąc blisko widać jego ogrom, kolor itp.
Svartisen widziałyśmy z większej odległości, ale droga do niego (i z niego) była nadzwyczajnej urody! Naszym głośnym ochom i achom nie było końca!

Polecam więc oba!
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/115132628360511080277/Norwegia2015LodowiecSvartisen

A w następnym odcinku przekroczymy koło polarne. Zapraszam :)