Wsiadając do samochodu po zwiedzaniu Jerozolimy i okolic wiedziałyśmy, że musimy zatankować. A że szczęśliwi czasu nie liczą, zapomniałyśmy o tym, jaki to dzień. Była sobota. A w szabat wszystko zamknięte przecież!
Z duszą na ramieniu wyruszyłyśmy rozglądając się w poszukiwaniu stacji benzynowej. W końcu znak poprowadził nas w boczną drogę i tam była stacja - jak się okazało - całkowicie samoobsługowa. No tak! Zaraz będą kłopoty... Nie lubię automatów nawet w Polsce, a co dopiero za granicą, z moim marnym angielskim.
No chyba prorok jestem! Oczywiście maszyna zaraz zaczęła się czepiać. Chciałam zatankować z użyciem karty kredytowej (którą ze wstrętem wyrobiłam wyłącznie na okoliczność wypożyczenia auta, bo bez niej się nie dało) i chociaż kartami bankowymi posługuję się od 20 lat nie mogłam przebrnąć przez polecenia maszyny. Żądała jakiegoś numeru, ale żaden z tych, którego się spodziewałam (pin, nr karty, nr stanowiska) i który wpisywałam jej nie pasował. Po kilku próbach poczułam się bezradna. Dziewczyny też nie umiały pomóc. Poprosiłam ochroniarza kręcącego się po obejściu, ale on także po kilku próbach się poddał. W końcu przyjechał inny klient i stwierdził, że automat żąda nr rej. samochodu! W życiu bym na to nie wpadła! Mało tego - po jego podaniu automat wiedział, że auto jest pożyczone zażądał więc numeru mojego paszportu!!!
Spotkaliście się kiedyś z taką procedurą?
Wszystko to trwało dość długo, wymagało wyciągania i przekładania dokumentów i połączone było z moim sporym stresem. Na szczęście w końcu zatankowałyśmy i pojechałyśmy dalej.
I teraz uprzedzę fakty i zanim przejdę do części rozrywkowej napiszę dalszy ciąg tych zdarzeń.



